Rozdział I Popularne pojęcia o mowie ludowej. Określenie naukowe. Historia i dzisiejszy stan dialektologii polskiej. Metody badań gwarowych.
Nie ma może drugiego zakresu zjawisk tak nam bliskich i nieodzownych, a mimo to tak mało i tak fałszywie znanych szerszemu ogółowi, jak zjawiska językowe. Gdy jednak do zajmowania się przynajmniej trochę językiem literackim zmusza warstwy wykształceń-sze szkoła, to znajomość mowy ludowej najzupełniej jest zaniedbana. Pojęcia o niej bywają dwojakie: społeczne, jako o czymś zepsutym, a przynajmniej niższym, z czym trzeba walczyć, i estetyczne, zależnie od kierunku literackiego, jako o rzeczy brzydkiej lub pięknej. Obiektywnej znajomości brak jednak wielki.
Pojęcia pierwszego rodzaju mają zwykle ludzie zajmujący się oświatą, różnego rodzaju nauczyciele, zawodowi czy dobrowolni. Rozpowszechnione jest między nimi pojęcie, że mowa ludu jest mową zepsutą i że jednym z głównych warunków umysłowego podniesienia ludu jest nauczenie go języka literackiego. Oczywiście ta zepsuta mowa jest brzydka, nadaje się co najwyżej do utworów humorystycznych. Godzą się z tym poglądem niektórzy literaci, zwłaszcza dawniejsi, o kierunku bardziej klasycznym.
Przeciw temu stoi zapatrywanie inne: mowa ludowa jest czymś oryginalnym, zrosłym z ludem, jemu właściwym, jedną z cech nadających mu odrębności i ... stylowości; bez niej staje się on banalnym, zatraca swe cechy indywidualne. Pogląd to, jak widzimy, typowo artystyczny, różniący też nieraz "młodą" Polskę od starej.
Nie wdając się w akademickie rozważanie, które z tych zapatrywań słuszniejsze, zauważyć jednak można pewną ciekawą między nimi różnicę: społeczne pojęcie o mowie ludu jest stare, było i jest zawsze to samo, różnice zachodzą chyba w jego natężeniu; estetyczne natomiast zrodziło się późno i wyraźne ma fazy rozwoju, widoczne choćby w porównaniu Brodzińskiego z Tetmajerem. Pierwszy z nich, jeden z wodzów wprowadzenia ludu do poezji, mowę jego zupełnie lekceważy. W słowach starszej kobiety:
Gdy wojna polskie dobijała plemię, W pustkach wsie stały a odłogiem ziemie, Wokoło wiosek i lasów pożary Gniewu bożego zwiastowały kary.
czy nawet w krakowiaku, śpiewanym przez Wiesława:
Niechże ja lepiej nie żyję, Dziewczę, skarby moje, Jeśli kiedy oczka czyje Milsze mi nad twoje!
nie ma przecież nawet śladu dialektu.
Jakże odbija od tego List Hanusi Tetmajera:
Kochany Jerzy mój! Pisę tu ztela ten list do tobie, a pisęcy płacę. Świat mię calućki nic nie uwesela, kie w lesie pasem, hnet krowy potracę, bo syćko myślem, kielo nas ozdziela kraju i cy cię tyz jesce zobacę? Kiebyś ty wiedział, jakoś mię zasmucił, mój złociusieńki, tobyś się haw wrócił.
Głowa mię boli, serdecka nie cuję,
łzy ino syćko z ocy mi się lejom,
nik tego nie wi, za kim jo banuję,
ale sie ludzie nascy ze mnie śmiejom.
Zal mnie za tobom wciągle w serce kłuje
i nie wiem, ka sie me ocy podziejom
od tyk łez. Widzi sie, co mnie powiezom
wnetki hań w trumnie, ka ojcowie leżom.
Mimo całego poetycznego opracowania, mimo przystosowania do formy wierszowanej widoczne jest, że autor uważa język ludowy zasadniczo za piękny, o tyle tylko wymagający literackiego opracowania, o ile potrzebuje go także język klas wykształconych. Nie tylko więc bierze z niego jakieś silne czy obrazowe wyrazy, ale także formy gramatyczne i — co najważniejsze — wymowę, bo bez niej cały obraz pozostanie jednak bezbarwnym.
Żeby jednak zrozumieć, odczuć tę ostatnią zaletę, trzeba samemu trochę przynajmniej znać język ludowy. Kto go nigdy nie słyszał i nie zachował w pamięci choćby bladego po nim obrazu słuchowego, dla tego martwa jest przeważna część zalet przytoczonego ustępu. Niestety, przytoczenie go nie jest jeszcze "ilustracją" tej książki. By mieć dla niej to znaczenie, jakie mają ilustracje np. dla zoologii, musiałoby działać nie na wzrok, lecz na słuch, trzeba by je więc zastąpić fonografem. Tak jak jest, każdy czytelnik podkłada pod litery swoje własne wyobrażenia głosowe, tracąc przez to nieraz właśnie najin-dywidualniejsze cechy dialektu. Ale o tym będzie jeszcze niżej.
Rozważając te dwa sposoby patrzenia na istotę języka ludowego, dochodzi się do wniosku, że bliższe prawdy jest z nim wcale nie owo stałe, niezmienne, ale właśnie to indywidualne, artystyczne. Tamto bowiem, wtłaczając pełnię zjawisk językowych w pewne uświęcone formy, sądzi je z punktu widzenia jednej klasy społecznej czy jednego kierunku literackiego, ze stanowiska przy tym bez porównania bardziej utylitarnego niż stanowisko artystyczne, szanujące każdą indywidualność, ceniące rzecz samą w sobie bez względu na jej stosowalność. Podobne do niego jest też stanowisko naukowe, tylko że w nim nie ma nawet takiego wartościowania: badanie danych faktów może przynieść korzyści praktyczne, ale w swoich celach i pobudkach jest zupełnie tak samo bezinteresowne, jak prawdziwa sztuka. Różny tylko — rzecz prosta — jest sposób reagowania na te same. podniety: gdy artysta lubuje się całokształtem mowy ludowej, a raczej jej jednostkowego objawu, gdy tworząc stylizuje go — to uczony dąży do zrozumienia tej całości przez poddanie ścisłej analizie przede wszystkim jej t y p o w y c h, nie indywidualnych właściwości.
Czy jednak język da się ściśle naukowo analizować? Otóż tak, tylko trzeba go stanowczo oderwać od zjawisk literackich, z którymi nie więcej ma wspólnego jak chemiczne badanie barw z malarstwem. Wprawdzie wiekowa tradycja uświęciła niejako podciąganie języka i literatury pod wspólną kategorię naukową, zaliczając obie te grupy zjawisk do "filologii", niemniej jednak gwałtowna zachodzi potrzeba wyrugowania już raz tego przestarzałego i nienaukowego poglądu. Skoro historia czy teoria literatury, mimo wszystkich prób tłumaczenia tych zjawisk warunkami epoki i otoczenia, przede wszystkim jednak bada dzieła wybitnych, indywidualnych jednostek, to i z języka zajmować ją musi przede wszystkim jego strona indywidualna, tj. stylistyczna, obcym zaś musi jej być powszechny język codzienny. A w zgodzie z zainteresowaniem idzie też i metoda naukowa: do badania dzieła literackiego, tak co do jego wewnętrznej wartości, jak i pod względem nieodłącznego od niej "stylu" (nie tylko w znaczeniu językowym), nie wystarczy sama tylko praca intelektualna: niezbędnym, nawet pierwszorzędnym czynnikiem badania jest tu odczucie, znalezienie indywidualnego momentu twórczości. Czy te badania dojdą kiedy do możności ścisłego ujmowania faktów, o tym sądzić nie mam zamiaru, co się jednak tyczy stylistyki, to muszę zwrócić uwagę, że wszelkie próby związania językoznawstwa z estetyką nie wyszły dotąd poza granice bardzo ogólnych pomysłów i że się stylistyki normalnie do nauk językoznawczych nie zalicza. Toteż i tutaj — w Popularnej Bibliotece Przyrodniczej — zajmę się tym tylko, co możnością ścisłego ujęcia do tych nauk się zbliża.
Nie chcę przez to bynajmniej przeczyć, że język istotą swoich faktów należy przede wszystkim do zakresu nauk humanistycznych, nie mogę jednak nie zaakcentować okoliczności, że z całego tego zakresu absolutnie żaden dział nie jest przyrodniczemu tak bliski. Bliskość ta polega tak na samej rzeczy, jak na metodzie badania. Co do pierwszej trzeba podkreślić, że jakkolwiek podstawa wszystkich zjawisk językowych jest psychiczna, to jednak bardziej niż inne zjawiska psychiczne są one zawarunkowane materiałem, w którym się objawiają, mianowicie zasadami fizjologii głosu; zależność ta jest bez porównania większa niż np. zależność malarza czy rzeźbiarza od ich materiału. Co się zaś tyczy metody, to wystarczy stwierdzić obiektywny fakt, że żadna nauka humanistyczna nie stosuje w tym co językoznawstwo stopniu systematycznego, na ścisłej obserwacji polegającego opisu i grupowania zjawisk, nie ma więc tak dokładnie określonego materiału do dalszych metodycznych wywodów, i to tyczących się nie jednostek, ale ogółu. Wreszcie, nie cofa się przed eksperymentem. Zatrzymując mimo to wszystko swoje wybitne znaczenie dla wielu zagadnień humanistycznych, tak ogólnych jak i specjalnych, językoznawstwo zajmuje miejsce na pograniczu dwu wielkich działów: przyrodniczego i humanistycznego.
Nawet badanie języka jednostki może doprowadzić do ciekawych spostrzeżeń, z natury rzeczy jednak będą one o wiele ogólniejsze, jeżeli przedmiot rozszerzymy i badać będziemy zmiany, jakim ulega język w czasie i w przestrzeni.
Wszelkie zmiany językowe, dokonywające się w czasie, stanowią przedmiot gramatyki historycznej. Niezależnie od nich istnieją jednak w każdej epoce różnice przestrzenne, terytorialne, będące przedmiotem tzw. badania porównawczego. Porównywanie gra oczywiście ważną rolę także przy rozważaniu zmian historycznych, nazwy tej jednak zwykle się w tym dziale nie używa. Ale nawet w obrębie badań nad terytorialnymi różnicami języka spotykamy ten termin prawie wyłącznie w zastosowaniu do różnic dalekich, gdzie związek na pierwszy rzut oka niewidoczny. Rzadko stosowany do nauki o języku w ogóle, a więc i do porównywania wszystkich języków bez względu na podobieństwo lub odrębność ich budowy i materiału wyrazowego, najczęściej występuje on jako określenie stadium, obejmującego wszystkie języki o dającej się wykazać wspólności historycznej, np. języki indoeuropejskie. Już o gramatyce języków słowiańskich rzadziej używa się nazwy "porównawcza", a nigdy prawie o nauce badającej różnice współczesne w obrębie jednego języka, czyli o dialektologii. ^Tymczasem, jeżeli już pominiemy ten fakt zasadniczy, że każda nauka, z wyjątkiem chyba działów czysto opisowych, będących raczej podstawą nauki niż nią samą, jest porównawczą, jeżeli nawet dla wygody nazwiemy zestawienie różnych epok języka jednym wyrazem gramatyki historycznej, to nawet po tym ograniczeniu okaże się jasno, że nie ma istotnej różnicy między porównywaniem języków słowiańskich, celtyckich, aryjskich itd. a zestawianiem odmian zachodzących np. w obrębie polszczyzny. W obu razach mamy do czynienia z powszechnym, a więc koniecznym faktem nieistnienia języka jednolitego, bez różnic współczesnych, a pewna odrębność stosowanych metod wynika tylko z tego, iż w drugim przypadku suma i jakość podobieństw jest tak dalece wyższą od sumy i jakości różnic, że dla ludzi nie interesujących się tymi sprawami mogą one być czasem prawie niedostrzegalne, w pierwszym zaś stosunek jest odwrotny: podobieństwo jest tak niewielkie, że potrzeba aż skomplikowanego aparatu krytycznego, by przez przyjęcie kilku nieraz stopni pośrednich odkryć resztki pozostałe po ścisłej, ale historycznie bardzo odległej łączności. W pierwszym razie szukamy więc różnic, w drugim podobieństw.