Rozdział I Popularne pojęcia o mowie ludowej. Określenie naukowe. Historia i dzisiejszy stan dialektologii polskiej. Metody badań gwarowych. cz. 2
Każdy bez wyjątku język przedstawia w każdej swej epoce nieskończoną rozmaitość. Rozmaicie mówią nie tylko różne okolice, ale też różne warstwy ludności, co można nieraz obserwować nawet w jednym miejscu: inaczej mówią w fabryce dyrektorowie, inaczej maszyniści lub robotnicy zawodowi, jeszcze inaczej pomocnicy, dopiero co przybyli ze wsi, choćby najbliższych. Są więc różnice miejscowe i różnice społeczne, zwane dialektami, narzeczami, gwarami itd., a zostające do danego języka w stosunku gatunku do rodzaju. Czasem są one tak widoczne, że wpadają w ucho od razu nawet temu, co najmniejszej do tego nie przywiązuje wagi, np. ludowe polskie żółty, trowa, corny, to znów spostrzegamy je dopiero po mniej lub więcej bacznym przysłuchiwaniu się. Jeżeli się w tej obserwacji posuniemy dalej, dojdziemy do przekonania, że nie ma dwu osób mówiących jednakowo, nie tylko pod względem stylistycznym, ale i gramatycznym, co do wymowy, form, składni, zapasu i znaczenia wyrazów; różnice spostrzeżemy nawet w jednej rodzinie. Fakt ten można właściwie przewidzieć, wydedukować bez osobnej obserwacji językowej, na podstawie tylko znajomości innych faktów, fizycznych i psychicznych: skoro wszędzie panuje nieskończona rozmaitość, skoro nie ma dwu istot ni przedmiotów zupełnie jednakich, to nie mogą też istnieć dwie zupełnie jednako mówiące osoby, każda musi mieć swój język indywidualny. Języków ludzkich jest w danej chwili tyle, ilu jest mówiących ludzi. Gdy więc poprzednio określiliśmy język jako rodzaj, a dialekt jako gatunek, to tu stwierdzamy istnienie indywiduum, jednostki. Jest nią język danego człowieka w danej chwili, oczywiście nie to, co on w tej jednej chwili mówi, ale co i jak powiedzieć jest zdolny; jest to ten system, który w danej chwili jest podstawą psychiczną jego mowy. Akcentuję tu słowa "w danej chwili", ponieważ w zgodzie z przyjętym zwyczajem nazywania dialektami tylko odmian współczesnych (choć czasem spotyka się i zwrot: "w dawnym dialekcie") pomijam tu zmiany czasowe, dokonujące się w ciągu życia jednego indywiduum; istnieją zaś one nie tylko między epoką dziecinną człowieka a jego wiekiem dojrzałym, przeciwnie, dokonują się ciągle. Wprawdzie obserwując odmienny od naszego sposób wyrażania się starców, sądzimy zwykle, że przed czterdziestu np. laty powszechnie tak mówiono, jak oni mówią teraz, ale studia specjalne nad językiem różnych pisarzy wykazują, że ulega on z biegiem czasu niejednej zmianie. W mniejszym stopniu dzieje się to z pewnością nawet u ludzi, których życie wąskim i jednostajnym płynęło korytem. — Tak język (narodowy), jak i dialekt oznaczają zatem zbiór pewnej ilości języków indywidualnych. Są to pojęcia ogólne, obejmujące cechy wspólne wszystkim wchodzącym w ich zakres indywiduom językowym.
Powstaje teraz pytanie, jaki jest stosunek pojęcia (powszechnego, nie indywidualnego) język do pojęcia dialekt. Że stoją one do siebie w stosunku rodzaju do gatunku, to jeszcze sprawy nie określa, bo każdy rodzaj w stosunku do jakiegokolwiek pojęcia nadrzędnego staje się gatunkiem. Niewątpliwe będzie zastosowanie tych wyrazów tylko tam, gdzie albo nie znajdujemy już pojęcia o zakresie szerszym, albo gdzie dany szczupły zakres rozpada się już wprost na jednostki. Tak więc mowa jednolitej społecznie niewielkiej wioski jest z pewnością dialektem, pierwotna wspólna mowa indoeuropejska zaś językiem, bo (na razie przynajmniej) nie możemy jej podporządkować żadnej innej, a tylko przeciwstawiamy ją równorzędnym, ale zupełnie różnym: semickiej, ugrofińskiej, turańskiej i innym. Że do ogromnej ilości możliwych zakresów, leżących między pojęciem mowy indoeuropejskiej a pojęciem dialektu np. tynieckiego, nie zawsze łatwo jest bez wahania zastosować jedną z tych nazw, wiemy z doświadczenia. Jedni odmawiają prawa do nazwy samodzielnego języka nawet takim grupom jak słowacka, a nawet małoruska, drudzy mówią o języku np. morawskim lub bośniackim. Nie tylko jednak w zakresie praktycznym, gdzie względy polityczne tak często mącą i nie dopuszczają do spokojnego sądu, panuje to zamieszanie. Terminologia ta nie jest bezwzględnie ustalona nawet w nauce, po części dlatego, że dla nauki nazwanie pewnej grupy języków indywidualnych dialektem czy językiem jest sprawą podrzędną; nadto zaś idzie tu o związek, w jakim daną grupę rozpatruję; jeżeli badam odmiany mowy na obszarze polskim czy rosyjskim, to mówię o językach polskim i rosyjskim jako o pojęciach w tym wypadku nadrzędnych, jeżeli zaś badam właściwości wspólne wszystkim Słowianom, to obu im może przypaść nazwa dialektów słowiańskich. Mówi się nawet czasem o dialektach języka indoeuropejskiego, rozumiejąc przez nie germański, słowiański, grecki, italski itd., i nie bez słuszności, bo dialekt i język są pojęciami względnymi nie tylko zależnie od stosunku swojego do innych grup: podrzędnych czy nadrzędnych, ale i w stosunku do czasu: z drobnych początkowo różnic powstają z biegiem wieków wielkie, dialekty pierwotnie bardzo sobie bliskie przeradzają się w nie mające na pozór nic z sobą wspólnego języki.
Chociaż jednak niełatwo jest określić, którą grupę uważać można za język, a która jest tylko dialektem, jak również niełatwo z historycznego punktu widzenia orzec, kiedy istniejące w obrębie jednej całości różnice stają się tak ważnymi, iż mogą służyć do podziału nie na dialekty, lecz na języki — to przecież wiele względów praktycznych zmusza do jakiegoś, choćby kompromisowego rozstrzygnięcia tej sprawy. I tu mogą być dwa przede wszystkim punkty widzenia.
Pierwszą taką zasadą podziału mogłaby być kwestia zrozumiałości. Choć może na pozór małonaukowa, ma jednak ta zasada niejedno za sobą. Skoro język jest zjawiskiem na wskroś społecznym, skoro wartość jego w wielkiej mierze zawisła jest od możności wzajemnego porozumiewania się, przeto mogę twierdzić, że ludzie, których mowy nie rozumiem, mówią innym językiem. W praktyce jednak podział taki trudny jest do przeprowadzenia, bo zrozumienie innych ludzi zależy nie tylko od ich mowy, ale także od mojej zdolności umysłowej. A różnice indywidualne są pod tym względem niemałe. Niejednokrotnie miałem sposobność zauważyć, że chłopi jakiejś wsi, zwłaszcza kobiety, twierdziły o sąsiadach z niezbyt odległej okolicy, że ich trudno zrozumieć, ja tymczasem, poznawszy tę drugą gwarę, dochodziłem do wniosku, że różnice są minimalne: czasem kilka odmiennych nazw przedmiotów służących do domowego użytku całą tworzyło odrębność. Nieraz też widzi się, jak osoby z warstw wykształconych miejskich nie mogą się porozumieć z chłopem; z dawniejszych lat pamiętam, jak panie przy Morskim Oku nie rozumiały opowiadania starego przewodnika Sieczki, a nie tyczyło się to jakiegoś szczegółu, lecz całego toku mowy: chwytały one oczywiście dużo oddzielnych wyrazów, lecz bez zrozumienia wzajemnego ich związku. I tu chodziło głównie o odrębności słownikowe, ale wcale nie wyłącznie o nie. Ale idźmy dalej: wielu Polaków zrozumie dość dobrze Czecha, Słowaka, Rusina z okolic pogranicznych polskich, a jeżeli nie zrozumie od razu, to bardzo prędko się przyzwyczai, czasem po kilku dniach lub nawet godzinach, zależnie od wrodzonej bystrości w orientowaniu się lub od wyćwiczenia się językowego, choćby wyrobionego na językach całkiem innych niż ten, z którym w danej chwili mają do czynienia. I tu jeszcze można by mówić o tożsamości języka, o różnicy dialektycznej, i rzeczywiście słyszy się nieraz takie określenia np. w stosunku do Słowacczyzny. Nie ma tu oczywiście znaczenia fakt, iż ktoś, znający np. język rosyjski i serbski, zrozumie po raz pierwszy słyszanego Czecha, bo przykład taki wchodzi już w granice specjalnych okoliczności. Ale jeżeli go nawet pominiemy, to stwierdzamy i tak, że skala możności zrozumienia innej mowy u typowych wchodzących tu w rachubę jednostek, tj. u jednostek znających tylko swą mowę codzienną, mowę swego kręgu towarzyskiego, jest bardzo różna.
Niedostateczność tej zasady rozróżnienia i tej cechy, jako cechy znamiennej, wyodrębniającej mój język od języków mi obcych, wychodzi jeszcze bardziej na jaw, gdy się zwróci uwagę, że różne dialekty niemieckie lub francuskie są dla siebie wzajemnie zupełnie niezrozumiałe, a mimo to nikt nie nazywa ich odrębnymi językami, z drugiej zaś strony, że bezsprzecznie wyodrębnione języki, jak szwedzki i norweski, a nawet duński, są sobie tak bliskie, że osoby nimi władające mogą się porozumiewać, mówiąc każda po swojemu; to samo tyczy się w obrębie słowiańszczyzny języków dolno- i górnołużyckiego lub czeskiego i słowackiego, co do których też dialektyczności lub odrębnej językowości zdania są podzielone. Bądź co bądź decyduje tutaj inny wzgląd niż zrozumiałość, mianowicie istnienie lub brak odrębnego języka piśmiennego, literackiego. Widoczna jednak, że wzgląd ten nie jest istotny, nie leży bowiem w samej mowie, lecz w okolicznościach społeczno-politycznych, w jakich się znalazła, a które wywołały lub nie dopuściły do ustalenia się go i używania w piśmie. Że ujęcia literackiego nie możemy uznać za cechę znamienną języka, dowodzi np. fakt, że w takim razie musielibyśmy uznać za samodzielne języki różne dialekty starogreckie.
Z rozważania tych dwu popularnych punktów widzenia wypada, że żaden z nich nie jest wystarczający. Kwestia zrozumiałości, jakkolwiek ważniejsza, skoro wypływa ze społecznego znaczenia każdej mowy, oparta jest na powierzchownej obserwacji, nie polega na poszukiwaniu zasadniczych cech istotnych, które o każdym podziale czy rozróżnieniu muszą rozstrzygać. Jest to wprawdzie cecha języka istotna, ale pochodna, bardzo złożona: jest to rezultat wielu faktów, które uprzednio ściśle rozróżnić i naukowo określić wypada. Ale gdy ta zasada podziału jest przynajmniej bezstronna, nieuprzedzona, to kwestia literackości, przypisując szczególne wyższe znaczenie jednej z odmian danej mowy z powodu jej ważności społecznej lub ze względów estetycznych, miesza do rozważań czysto językowych względy należące do innej kategorii pojęć. Bo obiektywnie rzecz biorąc, forma języka piśmienna bynajmniej nie może uchodzić za najtypowszą, tj. łączącą w sobie największą ilość znamion wspólnych większości dialektów. Jest to dialekt jak każdy inny, choć inną powstał drogą, a znaczenie jego społeczne zwykle wcale nie jest wynikiem jego cech istotnych.