Rozdział I Popularne pojęcia o mowie ludowej. Określenie naukowe. Historia i dzisiejszy stan dialektologii polskiej. Metody badań gwarowych. cz. 4
O metodzie dzielenia jakiegokolwiek obszaru językowego na narzecza powiem niżej, tutaj podkreślę tylko dwie zasady niezbędne przy opisywaniu choćby jednej tylko gwary, a nie uznawane czy nie znane tej dość licznej grupie dyletantów, co bez odpowiedniego przygotowania, zbierając cechy dialektyczne, zamiast korzyści dla nauki przynoszą czasem tylko zamieszanie. Idzie tu o dokładne zdanie sobie sprawy z systemu głosowego danej gwary, do czego nie można przystępować bez pewnego przygotowania fonetycznego, i o zapisywanie bezwzględnie wszystkiego, a nie tylko jakichś osobliwości, odrębnych od języka książkowego.
Ważność drugiej z tych zasad łatwo zrozumieć, skoro się wie, że mowa ludowa nie jest czymś zepsutym, że więc nie można jej oceniać z punktu widzenia języka literackiego, który sam niegdyś powstał z gwary i naukowo wcale nie ma większej od dialektów wartości. Ponieważ np. zachowują się w nich często formy starożytniejsze, przeto jest rzeczą jasną, że porównanie z samymi tylko tworami książkowymi do wytłumaczenia ich wystarczyć nie może. Niefachowiec nie ma w ogóle pojęcia, jaką wartość dla nauki może mieć czasem stwierdzenie w pewnej okolicy najobojętniejszej na pozór cechy.
Częściej spotyka się z lekceważeniem lub nawet potępieniem laików zasada pierwsza: ścisłe badanie każdego dźwięku uważają oni za przesadę, za objaw bezużytecznej pedanterii, konieczny zaś skutek tej dokładnej obserwacji, mianowicie ujmowanie każdej głoski (dźwięku) osobnym znakiem, mienią nieraz niepotrzebnym wymyślaniem nowego, osobnego alfabetu. Z tego powodu powiem o tym słów kilka, zwłaszcza że rzecz ta potrzebna będzie dalej przy omawianiu tzw. "kwestii kaszubskiej". Że żadna ortografia literacka, służąca z natury rzeczy celom praktycznym, nie może wystarczyć w nauce, gdzie idzie o jak najdokładniejsze ujęcie danego zjawiska, to zupełnie jasne. Tak też jest i w języku polskim, gdzie pisownia nie jest fonetyczną ani w ogóle urządzoną według jakiejś jednej naczelnej zasady. Dla lepszego zrozumienia rzeczy podam przykłady nieporozumień, do jakich prowadzić może stosowanie przy zapiskach gwarowych pisowni literackiej.
Oto jedną z cech wymowy góralskiej (nie tylko w Zakopanem) jest używanie i zamiast literackiego y po tych s, z, którym odpowiadają książkowe sz, z, a więc sije, zito (= szyje, żyło). Tymczasem w języku literackim s, z z następującymi i są nieznane, mamy tu tylko grupy sy, zy (włosy, zysk) lub Mi źi (takie jak w siwy, zima), obie różne brzmieniem od wymienionych góralskich, których zatem bez uciekania się do osobnych znaków wyrazić niepodobna. Trzeba więc albo pisać z-ije w odróżnieniu od zima, albo zije, zito w przeciwieństwie do zima, wozić; drugi z tych sposobów jest konsekwentniejszy, boć w wyrazach zima i siła pierwszymi głoskami (nie literami) są z, ś, nie z, i. Inny przykład, związany z poprzednim. W całej północnej Polsce nie wymawia się nigdzie takiego y jak w Krakowie lub w Warszawie, brzmi ono tak zawsze jak i, różniąc się od niego tylko brakiem podniebienności (tzw. "miękkości") poprzedzającej spółgłoski: mamy tu więc riba, złi, szije, czisti, sipać (nie śipać), brudni (1. poj.) obok brudni (1. mn.). Pokazuje się więc, że chcąc oznaczyć istotną wymowę tych okolic, odstąpić trzeba od literackiej zasady niekreskowania ń, ś, ź przed i.
Mało tego: dotąd widzieliśmy tylko inne stosowanie znaków literackich', teraz zobaczymy nieodpartą konieczność wprowadzenia nowych, naszej grafice nie znanych. Oto w wielu okolicach Śląska istnieją trzy pełnogłoski nosowe: nosowe e, a, o. Oznaczenie e nie przedstawia trudności, ale co zrobić z dwoma drugimi dźwiękami? Jeżeli nosowe o oznaczam zgodnie ze zwyczajem przez ą, to jak wyrażę nosowe a? Jedynym sposobem jest odstąpić od normy książkowej i pisać kęsać z nosowym o obok gąś, gdzie mamy odmiennie od języka literackiego nie ę ani też p, lecz nosowe a, równe np. francuskiemu w słowie penser. I na to żadna rada nie pomoże, bo jeżeli niektórzy chcą sobie czasem radzić zastępstwem tego dźwięku przez an lub am, to sposób ten da się zastosować tylko przed spółgłoskami zwartymi, np. nadanty, zamby, byłby zaś zupełnie fałszywy przed szczelinowymi, jak s, sz, i, gdzie o spółgłosce nosowej nie ma mowy i słyszy się gąsty, wąszyć, gałązie z najwyraźniejszym nosowym a w odróżnieniu od wosy, węź, wiozać z nosowym o.
Dałem tu dwa tylko przykłady, dowodzące, że konieczne jest często odstępstwo od zwykłego używania spółgłosek kreskowanych i pełnogłosek nosowych, a przecież każda niemal gwara ma swoje odrębne właściwości, z których nieliczne tylko można bez narażenia się na dwuznaczność wyrazić sposobem literackim. Nadto trudno przecież np. w wyrazach zimie, galązie, wiczać pisać ź, ą, c odrębnie od zwykłej ortografii, a zostawiać ją w połączeniach mie, zie, wic; taka niekonsekwencja nie da się utrzymać i powstają formy źime, gałąźe (z nosowym a), wozać. — Zatrzymałem się dłużej nad sprawą stosowania w dialektologii ortografii fonetycznej, bo ta pozornie formalna tylko strona nauki jest niezbędnym warunkiem ścisłości opisu, a dokładny opis jest podstawą wszelkich dalszych wywodów. Kto nie nauczy się ściśle odróżniać liter od głosek, ten nie tylko nic nowego w dialektologii nie zdziała, ale nawet tej książki porządnie zrozumieć nie zdoła. Rozróżnianie zaś tych pojęć wcale nie jest tak trudne, da się nauczyć nawet w niższych klasach szkół średnich. (Dla chcących na tym polu pracować niespecjalistów bardzo cenne są Wskazówki dla zapisujących materiały gwarowe prof. Jana Baudouina de Courtenay, pomieszczone wit. Materiałów i Prac Kom. Jęz.). Tym bardziej uderza zupełny brak słuszności w tego rodzaju zarzutach, które podnoszone przeciwko językoznawcom w pismach (oczywiście niefachowych) szerzą wśród publiczności nieuzasadnione uprzedzenia do badań dialektologicznych i w ogóle językowych.
W niniejszej książce zatrzymuję pisownię literacką tam, gdzie nie może to wywołać nieporozumień, zostawiam więc sz cz dż, si zi (siedzi, ziemia) obok ś, ź (ktoś, maź) itd. Piszę natomiast p na oznaczenie nosowego o w odróżnieniu od ą (nosowe a), a także b e na oznaczenie dźwięków pośrednich między o a. u, ewent. e a i (y), bo znaków ó e ogromna większość czytelników nie odróżniałaby w wymowie od u i (y). Zresztą musi służyć do oznaczenia przycisku (akcentu).
Podobnie zostawiam rz tylko tam, gdzie brzmi ono jakby rź czy rsz, w przeciwnym zaś razie daję z sz. O z-ije pisałem już wyżej, inne znaki w razie potrzeby objaśniam.
Uderzyło może czytelnika, że w uwagach niniejszych zwracam uwagę przede wszystkim na głosowe własności języka, zaś inne jego strony, jak odmiany, tworzenie i znaczenie wyrazów, składnię uważam niejako za mniej ważne. Z takim traktowaniem rzeczy można się też spotkać w niejednej rozprawie gramatycznej; widzi się np. opracowania dialektów lub dawnych zabytków podające tylko ich system głosowy. Otóż nie należy wyciągać z tego wniosku, jakoby językoznawcy uważali inne działy tej nauki za drugorzędne czy mniej interesujące; pewne uprzywilejowanie głosowni leży w naturze rzeczy, w tym mianowicie fakcie, że skoro z tych najmniejszych psychicznie samodzielnych cząstek składa się cała mowa, przeto dokonywające się w nich zmiany odbijać się muszą na wszystkich innych, bardziej złożonych jednostkach języka, a więc na wyrazach, a nawet zdaniach. Nie będę tu teoretycznie rozwijał tej sprawy, podam natomiast przykład, wykazujący, jak dalece nie można by czasem zrozumieć niektórych zjawisk np. w odmienni pewnej gwary, gdyby się przedtem nie poznało dokładnie właściwych jej zjawisk głosowych. Tak np. w ziemi chełmińskiej usłyszeć można zwroty: kowol mo nowo kuźnio, widzita tam wysoko wieżo, kupił czorno krowa, zabił ta koza itp., gdzie wszędzie biernik zupełnie równy jest mianownikowi. Ponieważ w innych gwarach zjawiska tego się nie spotyka, przeto można by sądzić, że działał tu jakiś szczególny wpływ zewnętrzny, może język niemiecki lub analogia rzeczowników nijakich, skoro doprowadził do tak niezwykłej w polszczyźnie zatraty osobnej formy tego przypadku. Tymczasem zjawisko to, na pozór tak niepolskie, tłumaczy się bardzo prosto z właściwości głosowych tych okolic: oto każde literackie ę brzmi tam jak ą (tj. nosowe a), a na końcu wyrazu tracąc nosowość (zupełnie jak u klas wykształconych, które mówią ide po wode z końcowymi e zamiast ę), brzmi wtedy jak a. Wymowa zamby, gąsty, jo widza krowa (z dawniejszego widzą krową) wyjaśnia więc w sposób całkiem prosty ów zanik osobnej formy biernika tam, gdzie się on dziś kończy na a. Ale dlaczego nie ma ten przypadek osobnej postaci także w rzeczownikach typu kuźnio, wieżo, gdzie końcowe o mianownika
Temu przeczą wyrazy zumb, wiazać, dzieci idu z matku, z których wynika, że odpowiednikiem literackiego ę jest tu nosowe u i że bierniki do mianowników wieżo, kuźnio winny by brzmieć wieźu, kuźniu (co się też czasem słyszy). Ostatecznie więc wyrównanie się i tu dwu przypadków da się objaśnić tylko wpływem innych rzeczowników żeńskich, typu krowa, noga, w których biernik, zakończony niegdyś na ą, po zwykłej zatracie końcowej nosowości zrównał się z mianownikiem. — Widzimy więc, że okoliczność na pozór tak drobna, jak wymowa ą zamiast ę, doprowadziła do tak ciekawego i ważnego zjawiska, jak przytoczone uproszczenie deklinacji nawet w tych rzeczownikach, które pierwotnie w całej swej odmianie nie miały nigdzie ę. Przykład ten, jeden z wielu, wskazuje, że znajomość fonetycznej strony języka konieczna jest do zrozumienia także innych jego cech, że zatem badanie dialektu musi się rozpocząć od ujęcia zasadniczych rysów jego systemu głosowego.