Rozdział V Słownik gwarowy: jego doniosłość, wyrazy na oznaczenie roślin uprawnych i zwierząt domowych, sprzętów gospodarskich, urządzeń rodzinnych itp. Etymologia ludowa cz. 3
Nie będę omawiał rozmaitych nazw części domu i jego urządzenia, bo to znów przedmiot dla osobnego etnograficznego studium, niestety bardzo u nas dalekiego od wykonania. Gdzie większość czytelników nie wie, co to przycieś lub pecka, a przez strzechę rozumie całe pokrycie dachu słomą, gdy jest nią właściwie tylko część jego wystająca przed ściany, a więc słomiany okap, tam trudno wchodzić pokrótce w szczegóły. Niektóre z nich lepiej były znane, póki częste jeszcze były dworki szlacheckie; dziś nieliczne tylko, jak świetlica (zwana też świetnica) przechodzą do poezji i urządzeń kulturalnych, nabierając tam uroczystszego znaczenia. Podobnie strop, posowa — to dla nas wyrazy rzadkie, poetyczne, u ludu natomiast pospolite: w Wielkopolsce i Prusiech Książęcych posowa lub posoba, na Śląsku strop czy pokład, powal, piętr jest zwykłym przykryciem izby, gdy lepsze ma czasem nazwę obcą ordeka (niem. Rohrdecke), podobnie jak u nas sufit.
Pominę też zdobnictwo ludowe w chacie czy w stroju i jego osobny a różnorodny geograficznie słownik, zwrócę jednak uwagę na ogólną wrażliwość ludu na barwy. Że nie wszystkie one wyodrębniają się u dzieci i u ludów o niższym stopniu kultury — to rzecz znana.
Ślady tego mamy nawet w dzisiejszym języku klas wykształconych. Tu nawet pospolite odcienie, jak pomarańczowy, cytrynowy czy seledynowy wyraźnie nowego są pochodzenia, nie mówiąc już o takich niezliczonych modnych subtelnościach, jak kolory morski, butelkowy i zgniły (zielone), śliwkowy, turkusowy, kreci itp., z których wiele albo nie ma nazwy polskiej: electriąue, eeąue albo tylko spolszczoną: szamowy (franc. chamois), wreszcie rzadko używaną: poziomkowy (częściej z francuska fraise). U ludu bezwzględnie ogólnie znane są tylko takie, których mniej lub więcej zatarte znaczenie etymologiczne świadczy o głębokiej starości, które też powszechne są w innych językach słowiańskich. Tu należą przede wszystkim czarny i biały (też białny przez upodobnienie do czarny, z którym się tak często razem używa; podobnie nieraz do żółtko upodobnia się bidłtko), dalej żółty (żółty, żałty) i czerwony (śląskie czerwióny, po rusku jednak już zwykle krasnyf) wreszcie zielony, pochodzące od źolci, czerwia farbiarskiego, ziela. Częstszy niż w języku literackim jest u ludu stary wyraz modry, znany u wszystkich Słowian Zachodnich i Południowych; w dialektach polskich oznacza on kolor silnie ciemnoniebieski, od niego też nazwany modrak. Natomiast nowszego pochodnego wyrazu niebieski, w znaczeniu barwy nie znanego poza Polską i Czechami, używa nasz lud tylko przenośnie, mówiąc np. o aniołach niebieskich. Odnośna barwa zaś zwie się w Małopolsce najczęściej siwę, na Śląsku północnym, w całej Wielkopolsce, Prusiech Zachodnich, w części Mazowsza jasnę, na całym ruskim pograniczu sinc. Do jakiego stopnia odrębne jest w wielu gwarach znaczenie wyrazu jasny, widać z częstego nazywania koloru granatowego ciemno jasnym, i to mimo istnienia słowa modry.
Rzecz prosta, że w specjalnych zakresach także u ludu subtelniejsze tworzy się poczucie barw. Znane są przecież ludowe nazwy zwierząt od barw lub ich kombinacji, choćby cisula i krasula. Dokładniejsze jednak rozróżnianie musi się wyrabiać przy sporządzaniu odzieży, barwieniu jej czy wyszywaniu. Tak jest np. w Łowickiem, znanym z bajecznej kolorowości. Kiedy kobiety tkają tam smaty 'ubranie' na wełnidki, czy to portki dla chłopuw czy na fartuchy dla siebie, i chcą nadać im różne mody 'desenie' w broski 'prążki', to muszą wpierw dać wełnę do krasa (fałbieźd), aby otrzymać różne kolory. Ton wszystkiemu nadaje barwa cerwónd, zwana też dubeltowe (od techniki "kraszenia"); w praktyce nie jest ona zawsze jednakową, bo gdy po latach wyburzeje, sceznieje (dosłownie: sczernieje) 'spłowieje', to my nazwalibyśmy ją pomarańczową. Poza tym są kolory: jasny (jw.), wiśniowy, uostruzkowy 'fioletowy' (zwany tak od rosnącej w zbożu ostróżki), kawowy, wreszcie ruzowy, zamiast czego jednak mówi się zwykle blady (pendant do niebieski — jasny), a w niektórych wsiach łysy. Coś podobnego jest u Kurpiów.
Co do kategorii ludzi, to przede wszystkim chłop dość rzadko oznacza to, co w języku literackim, tj. "wieśniaka" w ogóle, zwykle zaś "mężczyznę" lub "małżonka" (zwanego też przyjacielem, towarzyszem), podobnie jak zwykle mówi się nie zona, lecz kobieta, baba, na północy bjdlka. Przyczyna tego jasna. Mieszczanin nie rozróżnia ludzi wiejskich, wszyscy oni są dla niego chłopami, jak na odwrót "chłop" każdego surdutowca nazwie panem, mówiąc zaś z niechęcią: ceprem (Zakopane), ciarachem (Małopolska), lachmitkiem lub poletkiem (Łowickie). Między sobą jednak zachowują oni znaczne majątkowe różnice, kastowość jest w niektórych okolicach wielka. Weźmy np. Śląsk. Bogaty wieśniak, mający kilkadziesiąt morgów, zwie się siodldk lub siedldk, na północy gbur, wyraz ten, wzięty z niem. Bauer, powszechny jest w Prusiech Zachodnich i Wschodnich, tu i ówdzie też w Poznańskiem. Rzadziej używa się na Śląsku typowego dla Wielkiej i Małej Polski wyrazu gospodarz; czasem też oznacza on tu wieśniaka uboższego nieco od gbura, a to samo różniczkowanie trafia się i na Warmii. Wreszcie w górach zwie on się gazda — nowy przykład tożsamości górskich stosunków gospodarczych w Małopolsce czy na Śląsku. Kto ma kilka lub kilkanaście morgów, tego zwie Ślązak zagrodnikiem lub ogrodnikiem, posiadacza jakichś dwu lub trzech morgów chałupnikiem. Taki drobny posiadacz zwie się na Kociewiu swojak, ale w Galicji, przy ogromnym rozdrobnieniu gruntów, i on jest gospodarzem, człowiekiem samodzielnym. Znane wreszcie, z jakim poczuciem wyższości patrzą oni wszyscy na komornika, wolnego najmitę, zwanego w Prusiech Zachodnich frejkarzem, że chodzi po frejkach, na Warmii ogrodnikiem (ogrodnik zaś zwie się tam zielnik).
Ze stosunkami gospodarczymi związane były niegdyś ściśle nazwy członków rodziny. Dopóki młodzieniec przyprowadzał żonę na wspólne jego z rodzicami żony. Zupełnie też uzasadniona była wtedy odrębność wyrazów świekr i świekra 'rodzice męża' od teść i teścia (nie teściowa) 'rodzice żony'. Tak samo co innego był dziewierz a szurzy, zełwica 'siostra męża' a świeść 'siostra żony' itp. Stosunki te utrzymały się o wiele lepiej na wsi niż w mieście, bo ściślejszy tam związek spraw małżeńskich z gospodarskimi. Mimo to pierwotne nazwy, już w staropolszczyźnie dość rzadkie, niezbyt są u naszego ludu rozpowszechnione, bez porównania słabiej niż np. u Serbów, zwłaszcza bośniackich, gdzie do XIX w. bardzo archaiczne zachowały się formy społeczne.
Normalnie zna lud polski nazwy te same, co klasy wykształcone, tak samo np. jak one zamiast dziewierza i szurzy (później surzego) wprowadził szwagra, tak samo określa przez opisanie siostra zony, zatracił nawet teścia i świekrę, zastępując ich panem ojcem i panio matko lub po prostu ojcem i matkę. Silniej jednak zachował różnicę stryja (stryk, stryja, stryjo) od wuja (w Małopolsce zwykle wujek lub ujek, w Wielkopolsce najczęściej wuja, rzadziej wuj lub wujdk), przeważnie co innego rozumie przez ciotkę, stryjnę i wujnę. Jedyną nazwą na pojęcie u nas zatracone jest staropolski pociot lub pociotek 'mąż ciotki', tak zwany szeroko w centrum Polski, gdy np. w południowej Małopolsce i na Śląsku panuje w tym znaczeniu swdk. Z rzadszych nazw przytaczam kurpiowską sneskę, warmińską śnieszkę (stpol. sneszka), która przez pomieszanie z to samo znaczącą synowo dała dość częstą na Mazowszu syneskę lub synoskę. Powoli jednak i u ludu nastają pomieszania i uproszczenia: w Łowickiem pociotek oznacza nie tylko męża ciotki, ale też ciotecznego brata, który na Kaszubach nazywa się zwykle półbrat itp.
Ciekawa jest obfitość form w nazwach dziadka i babki, dziadusia i babusi. Najczęstsze obok nich są starek lub starek, starzik, starziczek, stardszek, stary (ale stary człowiek) i starka lub starka, stareczka, starziczka, starzinka, starzenka, powszechne na całym zachodzie, od Śląska aż po Kaszuby, gdzie czasem stareszk oznacza dziadka, a staruch teścia. Wyjątkowy talk w kaszubskich Swornegaciach jest zdaje się dziecinną wymową powszechnie kaszubskiego stark, niejasny zaś trafiający się nad Notecią koło Czarnkowa dddek. Na całej północy od Kaszubów do Mazurów pruskich mamy też gróska (Grossvater) i gróskę, na Kociewiu i Malborskiem też lólka i lólkę. Jak szybko zmieniają się czasem terytorialnie te nazwy, pokaże przykład trzech śląskich wsi góralskich: w Brennej mówi się dziadek i babka, w Wiśle starzik i starka, a w Istebnym — taćik i matka, gdy rodziców zwą tam dzieci tata lub uociec i mama. Ostatni przykład na pozór tylko jest dziwny; podobnie bywa także pod Krakowem, gdzie o starym gospodarzu, skoro tylko ma wnuki, cały dom, a więc i jego dzieci, mówi: nasi dziadek. — Ciekawszy jest fakt, że bardzo często obchodzą się gwary bez osobnego wyrazu na pojęcie wnuków (na Podhalu wnęki). Tak np. na Kaszubach, a często i na Śląsku jest to wyraz czysto książkowy, prości zaś ludzie mówią: to je s' in uod moji córce (kasz.), synek uod naszej cery, corzina dzioucha. Liczne nazwy nieślubnych dzieci jak i ich matek: przeskoczka, przechówka, zawitka, są oczywiście przenośniami.
Gdy ojciec oddaje gospodarstwo dzieciom, zastrzegając sobie w dożywociu pewne środki do życia, wtedy, jako osobny typ gospodarczo-społeczny, osobnej potrzebuje nazwy. Są one najrozmaitsze. Mamy np. na Śląsku wymolwników i wymienkdrzy, najczęściej jednak wycuźników (Auszugler) z dość znacznymi nieraz wycugami. W niektórych okolicach Wielkopolski żyją starzy na wydbdnku, w innych na wymiance, na leniku (Lehngut), Kaszubi na starkowiznie, Mazurzy pruscy na chlebie. Pospolita jest w różnych stronach Polski nazwa na ordynaryji, jedna z najczęstszych na deputacie. Pewien chłopski polityk w Kaliskiem doszedł do wniosku, że sułtan Abdul Hamid poszedł na element (tj. aliment), a na Kujawach zwie się to żartobliwie lamentem.
Zanim przejdę do dalszego działu, przytoczę jeszcze przykład rozmaitości słownictwa z zakresu przysłówków, mianowicie wyrażenia na "wiele, dużo". Tak np. na samym tylko Śląsku mówi się w tym znaczenu: ćma, dość godnie, kęs, kupa, moc, mocka, siła, zbytek, przy czym niektóre słowa do pewnych tylko przywiązane są okolic, inne znane też poza Śląskiem, jak np. dość, powszechne w całej Wielkopolsce, gdzie znów zamiast mało, trochę stale mówi się ździepko (tj. ździebłko). Z innych prowincji znane są: dostał tako s' ipa pjiniandzy (Tucholskie), chmarę ni mogli rozumnieć 'wielu nie mogło' (Ostródzkie), gwaut śniegu (Warmia), mam śmat do roboti, marka za śmat 'o markę za wiele' (zachodnie Mazury) i wiele innych.