Rozdział VI Wpływy obce: niemieckie, ruskie, słowackie i czeskie na słownik, gramatykę i wymowę
Jak z jednej strony asymilacji znaczeniowej ulegają nieraz wyrazy swojskie, tak znów wcale nie muszą się przeobrażać i przystosowywać do polskich obce. Zależy to oczywiście od stopnia obcości. Najmniej ulegają temu słowiańskie: tak np. gdy rosyjskie powiestka 'wezwanie urzędowe' przeszło w Kongresówce powszechnie w powiastkę, to nie zmieniła się właściwie ani forma, ani treść, a tylko związek z innymi wyrazami, przeważnie mianowicie poczuwa się łączność tego wyrazu z powiastkę 'opowiadaniem'.
Bez porównania bardziej zmieniały się i zmieniają wyrazy łacińsko--greckie, francuskie, angielskie, niemieckie. Chociaż niemieckie już nie tak bardzo. Przynajmniej w zaborze pruskim dawno już minęła epoka, gdzie ich nie rozumiano, gdzie więc były dla języka obcymi. Dziś trafia się to już dość rzadko, i to tylko przy wyrazach mniej zwykłych. Tak np. tłumaczył mi raz chłop spod Tucholi, że rozlanki 'łąki sztucznie zraszane' nazywają się tak dlatego, że się na nich woda rozlewa, gdy w rzeczywistości nazwa ta pochodzi od Rieselung 'nawodnianie'. Przeważnie ludność tamtejsza tak już jest z niemczyzną zżyta, że choć nią nawet nie włada, to jednak prawie zawsze rozumie i wskutek tego tylko częściowo fonetycznie, nie semazjologicznie, asymiluje. Wpływ ten nie wszędzie jednakowo jest silny. Najsłabszy chyba na Śląsku, bo tam — pominąwszy oczywiście okolice fabryczne — lud polski żyje przeważnie w wielkich wsiach, zupełnie nieraz wolnych od przymieszki niemieckiej, co nie tylko w Prusiech, ale i w Poznańskiem dosyć jest rzadkie. Drugą przyczyną tego dziwnego na pozór zjawiska jest pewnego rodzaju wytrwałość etnograficzna Śląska, a może i całej południowej Polski, o czym jeszcze niżej.
Dość, że czym dalej ku północy, tym więcej w języku niemieckich elementów. Prym wiodą oczywiście Prusy, które nie tylko od stu kilkudziesięciu lat, ale i dawniej, za Piastów jeszcze, pod tak silnym były niemieckim wpływem: politycznym i kulturalnym. Nic też dziwnego, że w niektórych okolicach roi się tu od wyrazów niemieckich. Tak np. w Prusiech Zachodnich pospolite są nazwy gospodarskie: derlaga (=Unterlage na wozie), telwot (sąsiecznica = Mittelwand), medwach (przegroda = Mittfach), krypa (źlób tylko w jasełkach na Boże Narodzenie), fulómek ( = Fiillen), gerlak (źrebię =Jdhrling), buła (byk), ryntowina {Rindfleisch), dachlón (Taglohń), tagelka (dniówka), źaga (Sdge), platajzer (żelazko do prasowania), części domu i sprzęty: deka 'powała', trepy (Treppe), ketka (Kette) 'haczyk u drzwi', gloka (Glocke) 'umbra lampy', głaska (Glas) 'szklanka', taska 'filiżanka', części ubrania: bruszlac (Brustlatz) lub westka (Weste), knefel 'guzik', kraga (Krageń), strefla (Strumpf), zoka 'skarpetka', cajch (Zeuch) 'tania materia na ubranie', nawet części ciała jak baka 'policzek' lub lepa 'warga', cop 'warkocz'. Ze zwierząt po niemiecku zwą się najczęściej drobne, np. rupa (Raupe), szneka (Schnecke), rac (Ratze) itp., obejmowane zwykle przez lud ogólną nazwą robaki, których zindywidualizowanie przychodzi dopiero z wyższą kulturą, tu niemiecką, działającą często przez szkołę. Ze stosunków rodzinnych obok szwagra i gróska wymienię bardzo dawną powszechną brutkę (Braut) 'narzeczona, dziewczyna na wydaniu' itp. Najdalej chyba posunięta jest germanizacja języka na Warmii, dalej niż u ewangelickich Mazurów. Tłumaczy się to historyczno-geograficznym odosobnieniem od innych części Polski, graniczeniem z katolickimi Niemcami lub z ewangelickimi Polakami, co przy wielkiej religijności ludu decyduje np. stanowczo o związkach małżeńskich; oprócz tego systematycznie działa tu germanizacja (jak i na Malborskiem, do tejże należącym diecezji) przez Kościół katolicki, rzecz gdzie indziej dotąd jeszcze tylko sporadyczna. Toteż na Warmii mówi się już powszechnie: blejfeder 'ołówek', koper (Kupfer), dybzak (Diebsack) 'kieszeń', grycht 'potrawa', śfama 'gąbka', pylcek 'grzyb', turma 'wieża', ndma 'imię', patek 'ojciec chrzestny', źark (Sarg) — gdy na Mazurach stałym nazwaniem 'trumny' jest grób — często też rychter, wajda 'wierzba', sypa (Schiff) itp., bez końca i miary. Bywają i tu ciekawe wyrazy polskie, np. przy zanikającym pierwotnym tkactwie lub w dawnych zwyczajach małżeńskich opatry 'wywiady przedślubne', ględy 'zaręczyny przy księdzu', oddaw 'ślub' (kaszubski zddwk) — świadek jednak nazywa się gudman — trafi się nawet słowo polskie tam, gdzie w literackim panuje cudzoziemskie, np. miedzianka 'szpilka' lub muodzidk 'kawaler (nieżonaty)', ale to rzadkie wyjątki. Nieco częstsze to w Prusiech Królewskich, gdzie np. obok powszechnego ndpiętka 'obcas' także inne części buta zwą się po polsku, np. lub albo więź, chociaż podeszwę zastępuje się już często żalę, zolę. Tamże jeszcze się zwykle sztrefle 'pończochy' wiezie, gdy na Warmii coraz rzadziej się je dzieje, częściej sztrekuje. Wyjątkowo z niemieckiego słowa tworzy się inne, o typie czysto polskim, jak np. tucholska źdź 'trociny' od źdga.
W ogóle nie wiem, czy język ludowy uboższy jest od literackiego w wyrazy obce. Przykłady nazw jak zimnica lub ograzka 'febra' lub sluchalnica, spowiednica 'konfesjonał' na pewno nie są liczniejsze od dopiero co wymienionych.
O ilości słów obcych decyduje oczywiście nie sama tylko siła tego wpływu, ale także odporność naciskanego języka, jego pierwotne bogactwo. Wobec braku systematycznie w tym kierunku prowadzonych badań trudno rzecz ściśle udowodnić, ale kilkuletnie przysłuchiwanie się różnym narzeczom polskim doprowadziło mnie do sądu, że to wielkie przesiąknięcie niemczyzną dialektów zachodnio-i wschodniopruskich jest w związku także z ich terytorialną później-szością. Przy zajmowaniu nowych obszarów Polacy nie przynieśli może tego bogactwa oryginalnego słownictwa, jakie widzimy w Małopolsce i na Śląsku, łatwiej więc wpadli w jarzmo wyższej materialnie kultury niemieckiej. Rzecz uderzająca, że z całej północy najbardziej swojskie słownictwo mają najdalej na zachód leżące Kaszuby. Być może, że przyczyna leży także w nieurodzajności kraju, wskutek czego zwycięska niemczyzna nie miała zbytniego interesu w jego rolniczej czy przemysłowo-handlowej kolonizacji, trudno jednak oprzeć się myśli, że podporą dla Kaszubów była też ich niebogata, ale własna, na miejscu wytworzona kultura, a w związku z nią na własnym gruncie i miejscowych stosunkach oparte słownictwo.
Wpływ niemiecki nie ogranicza się oczywiście do rzeczowników. Rzadsze są, co prawda, przymiotniki w rodzaju bruny (koń) lub dyki ( = dick) albo dżweźe só apen ( = offen), bardzo daleko natomiast idzie rzecz z czasownikami. Wiadomo, że w każdym języku istnieją odmiany produktywne i nieproduktywne. Ilość wyrazów należących do drugiej grupy jest zawsze stała, a nawet zmniejsza się, bo według odmiany produktywnej nie tylko tworzą się wszystkie nowe, ale czasem nawet przekształcają stare. Takimi produktywnymi typami czasowników są w języku polskim zakończone na -ić i -ować, tylko według nich np. tworzymy (żartobliwie czasem) nowotwory w rodzaju uzębić, oskrzydlić, poatramencić, ksiąźkować, szczeblować, promenować itp. Ta ogólnojęzykowa właściwość ogromnie sprzyja przejmowaniu cudzych czasowników. Toteż w Prusiech spotykamy: draszować (dreschen), durować (dauern), drabować (łrapp laufen), felować (fehleń), źagować 'piłować', pasować 'uważać na co, czekać', laźować (losen) 'zmieniać pieniądze', szpukować 'straszyć', brukować (brauchen), ancajgować 'de-nuncjować' itd. itd., tu już naprawdę bez końca i miary, tu już każdy wyraz niemiecki może się w ten sposób w razie potrzeby stać "polskim".
Nie należy też sądzić, że wszystko to jest wyłącznie pruską właściwością. W mniejszej oczywiście mierze występują te wyrazy także w Kongresówce, zwłaszcza wzdłuż całej granicy pruskiej, np. u Kurpiów zorg, fela, trepy, bady, fefka, lonować. Jest to jeden z objawów tego stałego rozprzestrzeniania się żywiołu niemieckiego ku wschodowi, któremu nie stanęła zaporą granica: przeniknął ją i usadził się znacznym procentem we wszystkich pogranicznych powiatach.
Znaczny wpływ niemiecki jest też w składni i w różnych zwrotach stylistycznych. Bardzo mało przykładów natomiast wykazuje o d m i e n n i a, gdzie z natury rzeczy może on działać tylko w formach złożonych. I tu jednak mamy do czynienia przeważnie z odosobnionymi przykładami. Takim jest np. używanie strony biernej zamiast zwrotnej: to beńdzie naz'iwane lub werwach beńdzie zboże wewjeźone i uflejowane (Malborskie), lub dodanie przy narzędniku przyimka z: on go bil z kijem, co u Łużyczan stało się zasadą. Jedynie na Kaszubach, gdzie stosunkowo mniej jest niemieckich wyrazów, rozpowszechniła się opisowa forma czasu przeszłego, na wzór niemieckich ich bin gefallen, wir haben gesehen. Najczęstsza jest ona przy słowach oznaczających ruch, np. ja beu idzón i, ale nierzadkie są też zwroty typu ja to móm często zahaczone 'zupełnie tego zapomniałem', me to ji móme muote 'jużeśmy to zmełli', nawet ja to móm sprzedane zamiast sprzedałem. Dość obficie używa tych form Derdowski w swoim poemacie, np.
Ciej bel dobrze ju najadły, mnioł sę chłop do źeco,
lub
Z niego zaro se welęgłe mulów mnilijąne,
Te wnet jemu wszetek towor mniałe pogrezone,
a nawet
Może gdze tam mniec będzeme ułowione suma.
Wpływ obcego języka na fonetykę istnieje raczej w teorii niż w rzeczywistości. Mówi się wprawdzie nieraz o niemieckiej podstawie artykulacyjnej (tj. o niemieckich przyzwyczajeniach w układzie narządów mownych) u Polaków pruskich, ale w praktyce wykazać to dość trudno. Wszelkie też twierdzenia, jakoby fonetyczne właściwości gwar kaszubskich lub zachodniowielkopolskich były wynikiem niemieckiego sąsiedztwa, pozbawione są dotąd realnych dowodów. Jako zasadę można raczej postawić, że o ile z jednej strony bardzo łatwo przenikają ze zwycięskiego języka słowa i konstrukcje, to, na odwrót, nabyte w dzieciństwie właściwości fonetyczne są przeważnie tak silne, że zdradzają mówiącego językiem obcym, choćby nawet tzw. błędów gramatycznych nie było. Wyjątki od tej zasady możliwe są tam tylko, gdzie już dzieci przeważnie obcy słyszą dokoła siebie język, czego w żaden sposób o dawniejszych pokoleniach Kaszubów czy zachodnich Wielkopolan powiedzieć nie można. Zaczyna się to w wyższym stopniu dopiero w czasach ostatnich: dziecko, przez osiem lat nauki szkolnej zmuszane do niemieckiej wymowy e czy ch, nieraz istotnie przenosi ją też do słów polskich. Do pewnego stopnia wpływa to na tzw. akcent Polaków pruskich, ale samo przez się nie wytwarza jeszcze osobnego dialektu.