Menu

Polecamy

Rozdział VI Wpływy obce: niemieckie, ruskie, słowackie i czeskie na słownik, gramatykę i wymowę cz. 2


Do pewnego stopnia powstaje on jednak tam, gdzie dzieci polskie, będące w mniejszości, poza domem zupełnie polszczyzny nie słyszą, jak np. w Grudziądzu, w miastach warmińskich i wschodniopruskich. Tylko tym wpływem wytłumaczyć sobie np. można, że nie mają one zupełnie ń, lecz wymawiają je zupełnie jak n: ne, ogen, kamnen, mnasto czy nasto, mn' ila czy n' ila. Szerszy zakres przybiera to w niektórych wsiach północno-wschodniej Warmii, a także w tamtejszym miasteczku Watęborku (Wartenburg). Pisałem wyżej, że we wschodniej Warmii zmieszały się ś ź ć dź z sz ż cz dź; że zaś także /' w przechodzą tam przez ś ź w sz ź, a p b' w psz bź, przeto w rezultacie zaginęły tam wszystkie spółgłoski podniebienne prócz j, a więc p b f w m ć dź ś ź ń k g, zastąpione przez psz bź sz ź mn (n) cz dź sz ź n k g, czyli że mówi się tam psziwo, bżduka, oszera (ofiara) 'kompania odpustowa', neźasta, mnasto, jencznen, czasto, dźen, szano, zima, ne, kedi, duuge. Takiej destrukcji typowo polskiego systemu fonetycznego nie spotkałem nigdzie indziej, nawet w najbardziej zagrożonych germanizacją zachodnich wsiach śląskich, wielkopolskich czy kaszubskich.
Zupełnie inaczej ma się rzecz z wpływami słowiańskimi. (O litewskim można nie mówić, skoro na bardzo małej oddziaływa przestrzeni i do kilku zaledwie ogranicza się wyrazów). Słownictwo dlatego już mniejsze ma tu znaczenie, że tak znaczna ilość wyrazów wspólna jest obu językom. Nadto nie mamy tu przeważnie do czynienia z taką wyższością kulturalną, przynoszącą nowe przedmioty i pojęcia. Toteż np. wpływ języka rosyjskiego na ludność wiejską jest mimo wszystko bardzo nieznaczny, ogranicza się do powiastek i kilku innych tym podobnych wyrazów urzędowych. Taki zresztą sdłdat przedostał się i przez granicę pruską w specjalnym znaczeniu 'żołnierza rosyjskiego', podobnie jak Rusek, powszechnie niemal zastępujący, literackiego Rosjanina, częstszy z pewnością od Moskala. Jedynym chyba nieurzędowym wyrazem rosyjskim, spotykanym bardzo często nawet u kobiet, jest wsio, swej lapidarnej krótkości zawdzięczające zwycięstwo nad wszystkim.
Zresztą mowa rosyjska, wielkoruska, bezpośrednio na chłopów nie oddziaływa. Co innego biało- i małoruska. Tutaj też widać całą różnicę od niemczyzny. Tu odmienny typ gwar pogranicznych widoczny jest nie tyle w słowniku (choć razem z rzeczami przychodzą i nazwy, jak np. duha, holoble), ile właśnie w głosowni. Kilka przykładów tego omówiłem już wyżej, tu dodam jeszcze, że ruskie dźwięczne h zwykle przechodzi tu nie w bezdźwięczne ch, jak u warstw wykształconych całego niemal naszego etnograficznego obszaru, mówiących np. chołota, ale raczej ginie, zostawiając tylko w sąsiedztwie pełnogłosek wargowych (o, u) ślad w rodzaju u: duua, uołoble. Że zaś graniczą tam tu i ówdzie gwary mówiące masuo z mówiącymi masło, przeto przedstawiciele drugich z nich, słysząc u pierwszych np. duua, pojmują to u na równi z tymże dźwiękiem np. w byuo, myduo i wymawiają je "poprawnie" duła. Bezpośrednie przejście tego h (z g) w / byłoby tak niemożliwe, jak niemożliwym byłby nagły przeskok np. w we wschodniowarmińskie z: źara; w obu razach mamy do czynienia ze zjawiskami mocno skomplikowanymi.
Najwybitniejszą jednak cechą całego tego pogranicza jest tak zwany ruski akcent. Oczywiście nie akcent przyciskowy, polegający na silniejszym wymówieniu jednej zgłoski, bo ten poza kilkunastoma wsiami w Augustowskiem, gdzie zachowały się drobne resztki przycisku ruskiego, stale jest polski. Idzie tu o pierwotne znaczenie tego wyrazu ("przyśpiew"), mianowicie o akcent muzyczny, zwany teraz zwykle w nauce intonacją, a polegający na różnicach nie w sile głosu, lecz w wysokości muzycznej. Rzecz ta jest każdemu praktycznie znana. Każdy pozna od razu Polaka z ruskich prowincji po jego charakterystycznym śpiewaniu, chociaż nie potrafi określić jego istoty. Leży zaś ona nie tylko w większym interwale muzycznym między zgłoskami przyciskowymi a bezprzyciskowymi, ale także w przeciąganiu iloczasowym przedostatniej w wyrazie, a redukowaniu, skrócaniu wszystkich innych, przy czym ich e nabiera barwy bliższej i y, a o bliższej u. Właściwość to dość szerokiego pasa na całym wschodzie Polski, od Mazurów pruskich aż do Karpat.
Lwowiacy bardzo często twierdzą odwrotnie, że "śpiewanie" jest cechą krakowską. Mają słuszność o tyle, że przecież w każdym języku i w każdej gwarze musi być jakiś stosunek wysokości tonów w wyrazie i zdaniu, a więc i pierwiastek muzyczny. Jeżeli z powodu jego nieznacznej roli w naszym języku rzadko się o nim mówi, to z tego jeszcze nie wynika, by go wcale nie było. Toteż i w Krakowskiem śpiewają, tylko że: 1) śpiewanie to jest całkiem inne, bo polega na przeciąganiu i intonowaniu zgłoski ostatniej i nie jest połączone z redukowaniem zgłosek innych, 2) jest ono czysto polskie, gdy wschodniopolskie powstało pod wpływem ruskim.
O wpływie słowackim i czeskim była już mowa przy charakterystyce dialektów góralskich i śląskich. Przypominam tu słowacki akcent przyciskowy Podhala, sporadyczne wpływy fonetyczne (hruby, pat-ndst, duło, czasem nawet ruka), wreszcie mnóstwo czeskich i słowackich wyrazów.
Inaczej w głosowni, najwybitniejsze językowi nadającej piętno. Tutaj jedynie i wyłącznie niemal rozstrzyga ustne obcowanie, nic prawie nie znaczy pismo. Chłop wschodniomałopolski widzi napisane ręka, szyja, wymawia jednak reka, syja: dla niego ę i e, sz i s to tylko dwa różne sposoby oznaczania tej samej głoski, zupełnie jak dla nas ó i u, z i rz. Toteż bez porównania prędzej przyzwyczaja się do literackiej wymowy wiejski analfabeta na robocie w Krakowie niż oczytany gospodarz na wsi.
Gdzie język literacki ma formy prostsze, tam zwycięstwo reprezentowanego przezeń dialektu najmniejszej nie ulega wątpliwości, bo łatwość i kulturalna wyższość idą z sobą w parze. Tak np. w fonetyce uproszczeniem wymowy jest nierozróżnianie ż od rz (mowa tu oczywiście tylko o obszarze "niemarzurzącym"); nic więc dziwnego, że odrębność rz, zachowana jeszcze na samej północy, od Kaszubów wąskim paskiem po Warmię, jako też w części Śląska przyległej do obszaru czeskiego, powoli, lecz stale ustępuje: nieraz spotykałem wsie, gdzie istniała ona już tylko u starszego pokolenia. — Weźmy przykład z deklinacji. Były w literackiej staropolszczyźnie dwie końcówki dopełniacza liczby poj. rzeczowników żeńskich: tematy niepodniebien-ne miały -y: ryby, kozy, tematy podniebienne -e: do granice, ze studnie. Dziś -e zaginęło zupełnie, nastąpiło ujednostajnienie: mówi się z ryby i ze studni, i nic nas to nie razi. Jeżeli jednak zmiana taka odbywa się w naszych oczach, wtedy puryści uważają to za skażenie, artyści za zubożenie języka (taki argument mieliśmy np. niedawno w licznie podpisanym proteście przeciw zaprowadzeniu na oba rodzaje końcówki -ym). Biadania takie w ogromnej większości wypadków zostają oczywiście bez skutku: tego rodzaju uproszczenia są konieczne; w ten sposób staje się język narzędziem wygodniejszym, zbliża się do poziomu, na jakim się znajdują języki zachodnie. Tak też i z omawianą końcówką -e. Niegdyś powszechna w całej Polsce, dziś utrzymała się tylko na samym południu Wielkopolski, na Śląsku i we właściwej Małopolsce. Na całej jednak przestrzeni końcówka ta stale, choć powoli, się cofa. We wsiach graniczących z typem północnym (bez -e) coraz większa ilość słów przechodzi do typu z końcówką -y, aż wreszcie -e zostaje w dwóch, trzech jako "wyjątek". Nie ulega też wątpliwości, że granica ta będzie się coraz bardziej posuwać ku południowi, aż wreszcie — przy współdziałaniu języka literackiego--e zupełnie
zaginie. W koniugacji ten sam los czeka — chociaż nieprędko końcówkę -wa (robiwa), resztki aorystowego -ch itp.
Nie zawsze jednak tak się rzeczy ułożą, często na odwrót, prostsze stosunki cechują niektóre gwary, zawilsze — język literacki. Tak np. bez wątpienia łatwiejszy do wyuczenia się jest dialekt tzw. "mazurzący", gdzie nie trzeba tracić czasu i energii na opanowanie wymowy aż trzech szeregów przedniojęzykowych szczelinowych; widzimy też u dzieci i cudzoziemców, z jaką im to nieraz przychodzi trudnością: pierwsze długo nieraz mówią zaba, ksycy, drudzy z trudnością rozróżniają sz z od ś ź. Gdyby więc wymowa literacka powstała na gruncie małopolskim czy mazowieckim, to prawdopodobnie szerzyłaby się bardzo szybko także w Wielkopolsce. Stało się jednak inaczej i tzw. "poprawność" płynie niejako przeciw wodzie. Jakkolwiek jednak trudno oduczyć np. dzieci szkolne od "mazurzenia", to nie jest ta rzecz bynajmniej niepodobną: w niektórych okolicach dość znaczne czyni to postępy, zwłaszcza w miasteczkach, tą właśnie wymową starających się odróżnić od otaczających wsi. O ostatecznym zwycięstwie sz z cz wątpić chyba nie można, bo rzecz łatwiejsza zwycięża tu tylko wtedy, gdy jest z trudniejszą równowartościowa. Skoro się jednak tak złożyło, że cechą ludzi o wyższym poziomie kulturalnym i o większym znaczeniu społecznym jest w tym wypadku wymowa bardziej skomplikowana, to i reszta narodu musi się do tego dostosować, zwłaszcza że dla świadomej celu energii ludzkiej, z jaką mamy tu do czynienia, nie przedstawia to bynajmniej jakichś nadzwyczajnych trudności. Gdybyśmy mieli w całym kraju polskie szkoły i urzędy, to przy niewielkich stosunkowo różnicach dialektycznych rzecz dokonać by się mogła w dwóch, trzech pokoleniach. Powoli doszłoby do takiego jak w Anglii zaniku pierwotnych różnic, do utonięcia ich w języku literackim, który swoją drogą znów rozszczepiłby się na różne dialekty, oczywiście już nie tak różne, podobniejsze może do różnych odcieni mowy dzisiejszych klas wykształconych. W obecnym stanie rzeczy nie tylko odsuwa się to w nie dającą się przewidzieć przyszłość, ale nawet tu i ówdzie następuje proces odwrotny: szerzenie się wbrew mowie książkowej stosunków prostszych. Tak jest mianowicie na znacznej przestrzeni południowej Wielkopolski, gdzie w najmłodszym pokoleniu, zwłaszcza u dziewcząt, bardziej domowym żyjących życiem, dziwnie szerzy się wymowa zyto, cekać, rusać.

Strona główna

sextelefonSex ofertyPornoSex ogłoszeniaSex randki