Rozdział VI Wpływy obce: niemieckie, ruskie, słowackie i czeskie na słownik, gramatykę i wymowę cz. 4
Dość wyjątkowy jest przez tegoż autora opublikowany psalm mazowiecki:
W kaździornej tarapacie wrzescałem do Pana, A septa moja zawse była wysłuchana. Kiedy na nas wciornastkich dybała pocwara. Lub krzoską lub ręcnikiem pląsał mę tko wara. Ja chućko ku niebecku wytrzescywsy ocy, Sczebietałem jak ptasek, żądając pomocy. A Pan wnet jak oganką posamotał muchy, Do scętu zdredy skaził bez żadnej otuchy.
Mimo poważny temat, i to jest chyba kpinkowanie; w porównaniu z przytoczoną wyżej kolędą kurpiowską czuć tu wyraźnie sztuczność. Bo wszystkie te utwory, tej czy innej treści, pisali ludzie, co sami dialektem nie mówiąc, ani nie mieli do niego przywiązania, ani też nie potrzebowali go dla szczerszego wyrażania swych myśli czy uczuć. Dziwić się temu ani trochę nie można, gdy się zważy, że jeszcze w XIX w. nie znała tego punktu widzenia ani romantyczność, ani obiektywna epoka pozytywizmu.
Zmiana nastąpiła dopiero w czasach ostatnich, pojawiły się utwory pisane przez ludzi, naprawdę z jakąś gwarą obeznanych i z pietyzmem jej używających. Nie pisząc studium literackiego, bynajmniej nie zamierzam tu wyczerpywać przedmiotu, ani też śledzić stopniowego rozwoju i wnikania gwary do literatury. Stwierdzam tylko fakt, że pierwszym, co wydał (1880) cały utwór poetycki w dialekcie, był wspomniany już Derdowski. Prawda, że to poemat humorystyczny, przedstawiający niejeden ujemny i niekulturalny rys Kaszubów, choćby następujący:
Uspokoję! sę i w chwilkę przeszed do Rzucewa, Gdze bet ogród, w chtornym widzoł duże, stare drzewa. Tam mu ledze powiodale, że ju downo srodze Piersze drzewa kroi Sobjeści sadze! w nym ogrodzę; Ten be! pierwi na ciszewścim zamku kasztelanem, Jego w Polsce i Kaszubach zwale Trzecym Janem. Ciej Kaszube mu pomogłe z Wiednia wegnać Turka, Tej szlachcecem za to zrobjeł niejednego gburka.
Więc że Jąn był tacim dobrym królem dlą norodu, Za to szlachcec batożesko urznąn so z ogrodu.
Prawda, że własną gwarę niejako lekceważy, skoro mówi:
Me Kaszube jesz strzeżeme Polsci morsciech granic,
A w Warszawie naszy braco mają naju za nic.
Ale ma te mowę naszą serdecznie kochejma
I po polsku coraz lepi godac se starejma!
Le słuchema co niedzelę polściego kozanio
I nałożma sę do polściech gazetow czetanio!
Choć jesz dzys nasz polsci jęzek kąseczk sę opaczy,
Choć godają u nos dzyso w kożdy wse jinaczy —
Ciej le wjedno będzem dzałac rączo i wetrwale,
W kuńcu tak, jak we Warszawie, będzeme godale. —
ale mimo to używa jej i do scen zupełnie poważnych, gdy np. jeden z pomorskich Kaszubów tak mówi:
Me Morcena Lutra zakon przejęnie od mniemcow,
Mowę jednak zachowale praojców Słowieńcow.
Ale ninja! mowa naszo coroz barży dżinie,
Dzys ju le sę utrzemata w barzo małym klinie;
W szterech wsach le po kaszubsku mówią małe dzece,
Te są, okrąm Jizbic Gace, Kłucie i Głowczece, Starzy ledze po kaszebsku mówią jesz w Smołdzenie, W obu Gornach, w Cecenowie, Łebie i Stujcenie; Mówią też jesz po naszemu dokoła Charbrowa — Tam, ciej wemrzą oni starzy, zdzinie naszo mowa.
Bo jeśli literaturę kaszubską, nie tylko Derdowskiego, tak silnie charakteryzuje ten drwiący trochę humor, jest to nie tyle oznaką lekceważenia jej przez samych autorów, ile rezultatem typowych cech charakteru kaszubskiego. To samo widoczne jest w ich samorodnych bajkach, nie celujących wcale jakąś pierwotną poezją, ale zawierających za to mnóstwo przykładów znanej kaszubskiej przebiegłości. Dopiero najnowszy tomik kaszubskich poezji cytowanego wyżej Budzysza, bardziej ludowym pisany językiem, wyróżnia się charakterem szczerze lirycznym; uderzająca zgodność formy z treścią.
Na Kaszubach też wychodzi od dwóch lat pod redakcją dra Majkowskiego miesięcznik "Gryf, organ tzw. ruchu młodokaszubs-kiego, obok poważnych artykułów polskich drukujący w każdym numerze po kaszubsku bajki i frantówki (pieśni świeckie). Rzecz charakterystyczna dla rozbudzenia się w Polsce takich właśnie tendencji literackich, że rok przedtem założył w Cieszynie prof. Farnik kwartalnik literacko-etnograficzny "Zaranie Śląskie". Jedyne to u nas pisma mające na celu popieranie gwarowej twórczości literackiej.
Ale to wszystko drobiazgi. Przecież istnieje u nas wielka literatura w stylu ludowym. Pomińmy nawet Konopnicką, której wielka poetyczna epopeja pisana jest stylizowanym językiem literackim, a weźmy prozaiczną "epopeję" Reymonta — Chłopów. Otóż, ku zdziwieniu może niejednego czytelnika, powiedzieć muszę, że jakkolwiek ogólny t o n mowy chłopskiej pochwycony jest tu na ogół dobrze, miejscami nawet doskonale, to w szczegółach niejedno zarzucić jej można. Rzecz ma się tu tak samo, jak i z treścią. Powieść oparta jest podobno przeważnie na życiu łowickich Księżaków, w rzeczywistości jednak stwarza raczej jakiś typ ogólnochłopski. Co do języka, to pominąwszy już zarzucenie takich cech łowickich jak "mazurzenie" czy takich ogólnoludowych jak ścieśnione a (na pewno nie wzorował się autor na nielicznych gwarach bez tej głoski), zaznaczyć jednak muszę dość liczne formy wprost skoślawione, jak np. rażące, nigdzie w gwarach nie spotykane używanie aorystycznej końcówki 1. osoby -ch dla innych osób, np. kupą poszli tańcować, bych się nieco otrzeźwić lub reszta narodu rozpierzchła się na wsze strony, bych czasem nie pociągnęli do świadczenia. Nie jest więc ten język odbiciem określonego, naprawdę istniejącego narzecza. Bynajmniej nie robię z tego autorowi jakiegoś ciężkiego zarzutu, bo nie pisząc studium literackiego, nie zajmuję się tu sprawami sztuki, nie zapuszczam się w rozważanie, jakie są i czy są w ogóle warunki stworzenia naprawdę żywego i trwałego ludowego stylu. Gotów jestem nawet przyznać, że skoro tak wysoko stoi artystycznie język Homera, nie istniejąca w rzeczywistości mieszanina dialektów, to nie można za to samo potępiać świadomych twórców indywidualnych. O ile udało się Reymontowi stworzyć epopeję tej warstwy społeczeństwa, do której sam nie należy, niech osądzą inni. Ja stwierdzam tylko obiektywnie fakt niejednolitości, a czasem i fałszywości tego języka, dodając płynące stąd subiektywne wrażenie jego sztuczności. Dla innych, niespecjalistów, sztuczność ta może nie istnieć, dla wielu nawet język ten, kompromisowy z literackim i łączący w sobie różne właściwości spotykane w centrum Polski, może być nawet typowym chłopskim.
Jakkolwiek bądź jednak, jest on tworem indywidualnym, powołanym do życia przez jednostkę i z tego powodu nie może mieć nigdy tego znaczenia, co gwara góralska, która jedyna ze wszystkich, bez stylizowania niemal, stała się godną literatury. Bo nie ma zasadniczej różnicy między opowiadaniami czy to Sabały, zapisanymi przez Dembowskiego ("Wisła" VI, 1892, 140-145), czy też Gadei, zebranymi przez Brzegę ("Lud" XVI, 1910), a utworami Witkiewicza, Tetmajera, Stopki i całej szkoły tatrzańskiej. Różnice, jakie wnoszą tu twórcy, są różnicami ich indywidualności czy też tworzonych przez nich postaci, wszystko to jednak w obrębie obiektywnie istniejącego języka. Naśladowanie mowy Chłopów stałoby się prawdopodobnie manierą, jeśli nie parodią, mowa góralska natomiast jest nie wyczer-panym skarbem dla całego szeregu autorów. Sądzę, że zawdzięcza to tak swym gramatycznym, jak słownikowym właściwościom. Jej typ fonetyczny mimo całej odrębności zasadniczo zgodny z małopolskim, pozbawiony tych dziwacznych dla ucha inteligenta zambów, cianiów, gąsi, gosi, jakichś jeskółek, reków, głąbocich secy, mniscich scan, źelonego szana, kanieni, psidsku, zina i tym podobnych siglów, jej odmiany również bez jakichś tam kowalowiu czy kowdleji, a z zachowaniem wielu archaizmów, jak np. resztek aorystu, wreszcie słownik archaiczny a równocześnie i nowy, przepełniony, jak i fonetyka, wyrazami słowackimi, co przy uroku niezwykłości mają jednak typ słowiański i nie rażą taką pospolitością jak zachodniopruskie gbur, bruszlac, dyki, feste, draszować czy ancajgować — wszystko to sprawiło, że gdy "odkryto" góry z ich tak niebanalnymi mieszkańcami, także język ich stał się dla artystów czymś wyjątkowo pożądanym. Przestał on być dialektem jednej okolicy, stał się niemal własnością ogólną, używaną nie tylko przy malowaniu obrazków góralskich, ale także do innych celów.
Zaznaczyć jednak trzeba, że uznanie to zdobyła sobie gwara podhalańska tylko w sferach estetycznie samodzielniejszych, jako też między tymi, co ją choć trochę znają bezpośrednio. Wykształcony ogół długo był, po części dziś jeszcze jest, na nią głuchy. Na przełęczy Witkiewicza, jedna z najpiękniejszych polskich książek, pierwsza wprowadzająca (1891) górali naprawdę z ich językiem, piętnaście lat czekała na drugie wydanie, a zbiorek Na skalnym Podhalu, bez wątpienia chyba najcelniejszy z całej prozy Tetmajera, według słów autora we wstępie do piątego tomiku "znalazł niesłychanie mało czytelników", mimo że niektóre z tych obrazków harmonią niezwykle oryginalnej treści i takiegoż języka są wprost małymi arcydziełami. Ale widocznie były one dla szerokiej publiczności zbyt oryginalne, zbyt dalekie od średniej poprawności.
Oto ustęp z opowiadania Jak się Józek Smaś pojechał wysłuchać (tj. wyspowiadać):
— Jesce mi nie tak to, co mi ta ten księzyk napedziol, hoć fajnie se mnom ugwarzył, o piekle mi uradził telo, co jaze cud radość beło słuchać, ani ta pokuta, co mi jom wsuł, a godnie ta tego beło wsute, do rozumu wjechało: jako to, cok ozdrowiał. Bo on mi ta, ten księzyk, gwarzi, gwarzi, jakie to ta dyably w tem piekle, jako duse warzom we smole, jako klescami targajom, po klińcak włócom, a jo se myśloł za ten cos: hej! Seleniejako mie ta prógowało za życia, to jo sie i tyk dyabłów po śmierzci nie barz bojem. Niewiem, cy som jest ciętse hłopy, jako Luptowianie, a przecie mie ci w ręcak mieli, a wysełek. Ty ta górola, a jesce myśliwego i złodzieja, dyabłami nie stras, bo on dość dyasków wse uświadcy. Przydzie kurniawa we wirhak, zasuje cie; z niedźwiedzie sie sprógujes; Luptocy, albo hajduki cie przisiednom: cy nie dyabły? Ale jek se to myślol: jak mi Ty dopomozes, Panie Boże, co pozdrowiem, to jek Twój.