Rozdział VI Wpływy obce: niemieckie, ruskie, słowackie i czeskie na słownik, gramatykę i wymowę cz. 5
I ono sie wej tak stało. Świstace, niedźwiedzie sadło nie zdołało nic, babskie, hłopskie cary, zamówienia, odcynienia nic, a On, Pon Bóg, zdoloł. Tagek se pedzioł, kie mi ta ten księzyk nakazował, jako to Panu Bogu zbójectwo przemierzłe: pozdrowis mie, Panie Boże, jus tys więcyl w Luptów nie pude. Nie bedem więcyl zbijał, kie sie Ty w tym tak nie ciesys, ba Cie to wrodzi. Haj, Bedzies ty se mnom dobry, tak tys i jo s Tobom. Jo wse taki beuł: kiek beuł s kim zły, to nie daj Boże! Jaze mi płomienie biegały po ręcak. Kiek zaś s kim beuł dobry, abo my udobrowali ze sobom, pojednali sie: to u mnie jedno słowo, tak jako i u Niego, hań w górze, nad obłoke.
Jeszcze dalej poszedł Witkiewicz, bo kiedy inni wprowadzają gwarę tylko do obrazków ludowych, a i tam prawie wyłącznie w rozmowach, to on tłumaczy nią Tołstoja Cem ludzie zyjom i niektóre Kwiatki świętego Franciska (Z Tatr, 1907), używa więc mowy góralskiej do tematów zupełnie ogólnych. Jakkolwiek dostosowanie języka i stylu jest tu znakomite, to przecież nie można się tak bardzo dziwić, że miejska inteligencja z pewną trudnością się w tym orientuje. To też jest może drugą przyczyną niezbyt szerokiej popularności tych utworów.
Są jednak autorowie wprowadzający pewien kompromis. Tak jest np. u Orkana, którego język, pośredni między góralskim a małopolskim, z natury już bliższy nieco literackiemu. Oto próbka z jego Komorników:
— Dyć i ze mną tak, moiściewy — mówiła Jagnieska. — Nie bieda mnie z chałupy wygnała, ba ludzie źli nie dobrzy... Miałach ci ja ojców u Gąsiora, dyć wiecie...
— Cobych nie wiedziała!
— Macocha była zajadliwa okrutnie, bijała mnie raz na dzień i więcy. Oj bijała!... Ociec nieboszczyk nie wiedzieli o tem, abo nie chcieli wiedzieć, kto ich ta wie... Dość, żech przeszła niejedną mękę Pańską na tym biednym świecie, już zawczasu...
— Biedna biedo!
— Skoroch ci już podrosła, juści nie porada było wysiedzieć w chałupie. Poszlach na służbę. Służyłach za lasem, u gdowca, co miał dziesięć morgów pola. Byłach u niego calutkie pięć roków. On też, widząc, moi kochani, żem robotna, nie ciążam se pracy, chciał sie ze mną ożenić...
— No i jakże?
— Dyć wam powiem. Ożeniłby sie był na pewno, ni ma co gadać. Ale miał spłacić niewielki dłużek, toż to chciał ze mną choć ze trzydzieści reńskich. Ja do chałupy, pytam ojca: "Dajcież mi tatusiu trzydzieści reńskich, to sie wam usunę"... ale cobyć poradził! Macocha od razu zapobiegła, ociec też pedział wyraźnie, że sie na mnie tracił nie będzie... Cóż było robić? Sługowałach jeszcze po wsi długi czas. Tatuś był chory, nie pedzieli mi nawet, nie poszłach. Przy destamencie zahaczyli se o mnie doznaku. Myśleli może, że mnie nie było na świecie, czy co... Przyrodnim postawiali wszystko, mnie ino zagon pod ziemniaki i to jeszcze na prośby chrzestny ojca. (Niech mu ta Bóg da zdrowie, bo już nie żyje).
Stopień ludowości języka jest tu zupełnie inny niż u poprzednich autorów podhalańskich, ten sam zaś mniej więcej, co u Reymonta. Tylko że wykonanie trochę inne; tutaj mniej może efektowne, ale prawdziwsze. Orkan, sam pochodzący z ludu, mianowicie z okolic, gdzie mówi się ręka, gęsi lub roka, gosi (zob. s. 64), czuł widocznie, że wprowadzanie tej właściwości trąci już dla języka literackiego dziwactwem, że nie znane zupełnie klasom wykształconym, na dłuższą metę musi znużyć, podobnie jak nawet gwara zakopiańska nuży tych, co jej nigdy nie słyszeli. Odrzuciwszy zaś owo ę, odrzucił też inne wyłącznie ludowe cechy fonetyczne, jak końcowe -k zam. -ch (do nik), a,. mazurzenie. Tylko, że zbliżając w ten sposób język ludowy do literackiego, zachował jednak silne odczucie innych jego właściwości i nie wprowadził żadnego wymyślonego cudactwa w rodzaju owego Reymontowego -ch dla 3. osoby (bych pociągnęli).
Omawiane' przykłady pokazują jasno znaczenie gwary. Samodzielna struga, jaką płynąć może obok języka ogólnonarodowego, będzie zawsze wąska. Natomiast jako element odświeżający wartość ma wprost nieocenioną. Przecież język literacki sam z siebie wiecznie ciągnąć soków nie może. Wzniósłszy się w poprzedniej generacji u Sienkiewicza do swojego rodzaju doskonałości, u naśladowców jego zaczął banalnieć. Odrodził go nowy zwrot do ludu, inny od dawnych, bo nie szukający w chłopie romantycznych chwilowych złudzeń, ani nie niosący mu społecznych tendencji. Przeciwnie, tak w treści, jak i w języku szło o znalezienie nowych źródeł siły i radości życia, z przekonaniem, że z natury rzeczy będą one piękne. Zrozumieli to już niektórzy pisarze starego pokolenia, zwłaszcza Sienkiewicz, posługujący się gwarą góralską dla stworzenia ludzi z epoki Krzyżaków, ale w całej pełni widoczne to dopiero u młodszych. Na nowszym języku artystycznym wpływ ten wyrył się już zbyt silnie, by go można uważać za chwilowy. Co na tym polu zdziałał prócz wymienionych zwłaszcza Żeromski, który oparty na narzeczu wschodniomałopolskim, tak wyraźnie zmienił ton i słownictwo literackie, to już w naszym języku pozostanie, chociażby nawet same gwary ludowe zaginęły.
Choć więc gwara sama literackiego języka zastąpić nie może, bo nawet najbogatsza z nich za mało byłaby subtelna i zbyt wielkie na każdym kroku ujawniłaby ubóstwo, to mimo to była ona zawsze dla języka i będzie źródłem i mocy, i świeżości, i indywidualności. Odnosi -się to zaś nie tylko do dialektów ludowych, ale także do odcieni mowy klas wykształconych. Olbrzymiej doniosłości jednolitego języka narodowego nikt chyba zmniejszać nie będzie, nie przeszkadza to jednak stwierdzeniu, że jednostki rygorystycznie trzymające się mowy książkowej, pisanej, z małymi bardzo wyjątkami, mówią bezbarwnie. Toteż zawsze i wszędzie toczy się tu walka między ślepymi wielbicielami dzisiejszego chwilowego stanu tej ogólnonarodowej zdobyczy a indywidualnością jednostki, tkwiącej raczej w najbliższym otoczeniu, w kolorycie lokalnym. Z walki tej w każdym żywym społeczeństwie do pewnego przynajmniej stopnia zwycięsko wychodzą dialekty. Uznany "klasyczny" stan języka zwykle należy do niedawnej przeszłości, przy czym książka odgrywa rolę hamulca, nie dopuszcza do takiego pędu, co by mógł rozbić jedność na części. Czymś więcej jednak, jakimś uświęconym niezmiennym wzorem być nie może i nie powinna. Jeden mamy tylko taki odstraszający przykład w Europie, mianowicie Greków, co dla zakrycia marnej teraźniejszości prawie że starym klasycznym piszą językiem, gdzie nawet tłumaczenie niezrozumiałego już ludowi Pisma świętego na język dzisiejszy polityczne niemal wywoływało rozruchy.
U nas oczywiście nie ma o to obawy. Zapewne, że nowe zmiany w języku, zwłaszcza urzędowym i technicznym, obniżają często jego piękno, ale z drugiej strony wchodzą i nowe pierwiastki ludowe, przeciwdziałające uniformującej wszystko kulturze światowej. I jeszcze jedno warto tu zaznaczyć. Gdy na niejednym polu panuje w życiu sprzeczność między prądem demokratycznym a wyższymi tendencjami humanistycznymi, tutaj jej nie ma: odświeżanie języka ogółu pierwiastkami gwarowymi łączy w sobie ideę demokratyczną z ideą piękna.