Menu

Polecamy

O polskich h


Wiadomo, że Aleksander Bruckner stale uważał h niektórych polskich wyrazów słowiańskiego pochodzenia za sporadyczne, ale rodzime zjawisko fonetyczne, za jakąś oboczność do g, zresztą zupełnie przez niego nie określoną. W jakich warunkach pozycyjnych, chronologicznych i innych miało się to dokonać, jak i co to było za h, o to ten znakomity polihistor, nadzwyczaj zasłużony w dziedzinie badań nad polskim słownictwem, ale wnoszący tylko zamęt w dziedzinę badań nad systemem gramatycznym, którego był w jakiejkolwiek postaci po prostu wrogiem — najzupełniej się nie troszczył. Toteż nic dziwnego, że tego poglądu Brucknera nie uznawał żaden polski lingwista, uważając wszystkie wymieniane przez niego przykłady za czechizmy (niektóre z nich może za późniejsze rutenizmy). Aż tu pojawia się niespodzianie tego poglądu obrońca: jest nim Jan Otrębski, który w recenzji książki Tadeusza Lehra-Spławińskiego (Język polski 1947), pomieszczonej w XIX tomie "Slavii Occidentalis" (1948), na s. 426—427 "staje po stronie Brucknera, który bronił polskości tych wyrazów, jakkolwiek nie zdołał zrozumieć genezy h zamiast g". Otrębski sądzi, że tę genezę zrozumiał, mianowicie: "... w wyrazach o pewnym zabarwieniu uczuciowym istniała też wymiana g : h. Nie zwrócono dotąd uwagi na to, że wyrazy o nieoczekiwanym h łączą się w pewną znaczeniową całość — w grupę wyrazów o odcieniu ujemnym: hańba zamiast gańba (jeszcze w w. 15.): ganić, hardy obok gardzić, hołota z gołota (por. też okołocić); błahy o dawnym znaczeniu 'lichy', ohydny. Zważmy, że takie hańba w porównaniu z ganić wyraźnie przesunęło swe znaczenie w kierunku ujemnym. W ogóle każdy z wymienionych wyrazów o spółgłosce h ma charakterystyczny odcień znaczeniowy, a zawsze ujemny. Do tej grupy słów wciągnięte zostało także hojny 'bardzo szczodry, bardzo obfity', a więc o odcieniu zapewne zgrubiałym. Z początku postaci z h były w użyciu obok dawnych z g, mianowicie zależnie od tego, jak były uczuciowo zabarwione, aż z czasem zapanowały postaci z h".
Tłumaczenie to byłoby możliwe raczej w zastosowaniu do języka indywidualnego: ktoś przy wymawianiu wyrazów o tonie nieprzyjemnym nie wykonuje zwarcia tylnojęzykowego (chociaż, dlaczego je wykonuje przy spółgłoskach przedniojęzykowych, a zwłaszcza wargowych, choć właśnie wargi tak często przy uczuciach nieprzyjemnych krzywimy?); mniej prawdopodobne, by się to działo tylko w pewnej epoce i w niej przeszło do ogólnego systemu głoskowego. Ale przede wszystkim zasada ta nie do utrzymania nawet na tych kilku przykładach, z których już co do hojnego sam autor musi wysuwać osobne przypuszczenie. A cóż począć np. z hodowaniem, hożym (bo jeśli stosujemy to, nie godząc się na zapożyczenie czeskie, to dlaczego nie stosować do ewentualnych zachodnioruskich?) i z mnóstwem innych? A dlaczego przy błahym obok tego rzekomo uczuciowego h występuje też niewątpliwie obce M Słowem, obrona nieudała.
Ale jest i drugi brak. Co to za hl Mógł sobie tego pytania nie zadać na wskroś wzrokowy filolog Bruckner, który jako wschodni kresowiec zapewne je utożsamiał ze swoim dźwięcznym h, nie dbając o to, że w średniowieczu nie można przypisać takiej wymowy h zapożyczeniom zachodnim, jak handel czy honor. Ale żeby to tak literowo traktował autor subtelnie opisujący litewskie narzecze twereckie? Ta fonetyczna wieloznaczność litery h, używanej dla wszystkich (poza ogólnosłowiańskim x) szczelinowych tylnojęzykowych i krtaniowych, tak dźwięcznych, jak bezdźwięcznych, jest przyczyną, oczywiście nie usprawiedliwiającą lingwistów, zamieszania panującego na tym punkcie w polskiej fonetyce, tak historycznej, jak i dzisiejszej.
Genetycznie mamy tu w polszczyźnie trzy grupy wyrazów. — Tylko w jednej z nich mamy pierwotnie spółgłoskę dźwięczną, zasadniczo krtaniową, mianowicie w zapożyczeniach mało- i białoruskich, u wschodnich kresowców do dziś żywą; tylko dla nielicznych Polaków można to przyjąć jako żywe też w zapożyczeniach czeskich, bo hardy to już od dawna wyraz ogólnopolski, a nigdy chyba w słowackich, bo górska hala przeszła do ogólnej polszczyzny z dialektu podhalańskiego, nie znającego dźwięcznego h, o czym niżej. — Bezdźwięczne krtaniowe były te głoski w zapożyczeniach zachodnich, głównie niemieckich, jak hebel, hamować, helm — też łacińskich, jak herbata, humanizm, historia — bo po niemiecku taka właśnie jest wymowa; tu rdzenni Polacy wymawiają historycznie słusznie (nieraz nawet co do krtaniowości słusznie, o czym niżej), wschodni kresowcy z punktu widzenia historycznego źle, a tylko z powodów ortograficznych: skojarzywszy mianowicie literę h z krtaniową dźwięcznością w wyrazach codziennych polsko-ruskich pierwszej grupy, jak hubka, hreczka, holoble, hałas, łączą tę wymowę z każdym pisanym h: niemieckim jak w handel, łacińskim jak w heretyk, węgierskim jak w hejnał, francuskim jak w hotel itd. (Patrz o tym JP XVIII 124-127, XX 139-141).
— Jest wreszcie trzecia grupa — rodzima, w wykrzyknikach, jak hej, oho, partykułach deiktycznych, jak ogólnomałopolskie haw 'tu', hań-ten 'tamten', z czego wprost przysłówki, jak hawok. Tu też należą dialektyczne formy literackie ile i od niego pochodne: łowickie przysł. yila i przymiotnikowe yili obok yyle tyle (PF XIV 358), notowane przeze mnie północnosandomierskie z.y/0?, znane Żeromskiemu jako przymiotnik: "Chylośna to szyja u takiego gada" 'jakaż wielka!'
— powiada po chłopsku mały Radek w Syzyfowych pracach3 s. 188 o żyrafie. Objaw to tzw. "przydechu", występującego też przy przyjmowaniu obcych wyrazów bez możności odtworzenia ich wstępnego zwarcia krtani, jak stare Hanna, harmata, ludowe Hadam, stanowiące chronologicznie drugą falę wymowy obcych nagłoskowych samogłosek po pierwszej fali Jagnieszek i jadwiętów (o którym JP XXVI 161-166, zob. tu s. 443 i n.).
Jakież są dzisiejsze wartości gwarowe? Ze względów fonologicz-nych idzie oczywiście o istnienie dwu czy jednego fonemu, co w polszczyźnie wyraża się przede wszystkim dźwięcznością lub jej brakiem.
Dźwięczne h odrębne od ch spotykałem na Śląsku tylko w jego połowie południowej, znaczyłem je zaś y w przeciwieństwie do x nie wdając się w określanie miejsca artykulacji, tak z powodu nie wyćwiczonego w tym ucha (1906!), jak i z powodu badania wtedy całości niejednolitego dialektu, nie specjalnie tej czy innej jego gwary. W Dialektach polskich Śląska mowa o tym na s. 152-155, 173-175 i w słowniku. Dopiero w r. 1927 omówiłem specjalnie te głoski w odrębnej gwarze Istebnego (PF XII 257-259); panujących tam stosunków na pewno nie można uogólniać na cały Śląsk, może nawet nie na pobliski Jabłonków, któremu sąsiedzi przypisują na tym punkcie odrębność. Nasuwa to jednak wątpliwości, czy południowośląskie h i ch (nie licząc palatalności) zawsze się właśnie dźwięcznością różnią i czy ta dźwięczność jest identyczna ze znaną nam dźwięcznością ukraińską i wschodniokresową polską. Wykształcony lingwistycznie autochton F. Steuer w pracy Dialekt Sulkowski (1932) s. 13-14 stwierdza dla tej wsi na raciborsko-głubczyckim pograniczu tylko istnienie dwu h, nie podając jednak ich artykulacji: z faktu, że przy zachodzącym już czasem ich mieszaniu się następuje ono w obu kierunkach, wnosić by można, że idzie tu o dwie bezdźwięczne głoski: tylnojęzykową i krtaniową, o czym niżej. (Dziwna rzecz, że nie rozwiązał tej sprawy Adolf Kellner, autor dwutomowej pracy Vycho-dolaśska nafećt (Brno 1946). Dość obfity na pozór materiał, podany na stronach 8-10 części I, nie zawsze jest fonetycznie jasny. Co zaś szczególnie uderza, to że tak ciekawa właśnie pod tym względem wieś Istebne jest jedną z tych dwu, których mowę autor zna tylko z "odborne" (fachowej) literatury, przy czym pokazuje się, że nie zna cytowanego tu mojego o tym artykuliku z Prac Filologicznych. Fakt, że Istebne leży z drugiej strony czechosłowacko-polskiej granicy, nie jest oczywiście naukowym usprawiedliwieniem). Wiarygodnego i fachowego przedstawienia stosunków śląskich powinien dostarczyć badający zachodnią część środkowego Śląska Karol Dejna, bo jako pochodzący z dwujęzycznego przed wojną terenu czerwonoruskiego i chwyta te subtelności, i może je porównać z ukraińskimi.

Strona główna

sextelefonSex randkipornoSex ofertysex