-3. SŁOWNICTWO
Studia z historii polskiego słownictwa
NOTA OD REDAKTORA
Studia z historii polskiego słownictwa to ostatnia większa praca prof. Nitscha; gdy się ukazała drukiem, liczył 74 lata. Nie jest ona jednolita tematycznie, składa się bowiem z trzech części, bardzo różnych: części wstępnej, gdzie autor krytycznie omawia nasze słowniki historyczne języka polskiego, drugiej części, w której dominuje składnia historyczna, i trzeciej, która się składa z małych monografii około 40 wyrazów. Mimo to Studia spaja coś wspólnego, a jest tym metoda traktowania omawianych wyrazów: chodzi o stałe łączenie informacji czerpanych z tekstów z informacjami, których dostarczają współczesne gwary. Nitsch chce pokazać, jak pożyteczne są wiadomości brane z gwar; chce przekonać językoznawców, aby wyszli poza źródła pisane, bo te ukazują tylko część rzeczywistości językowej. Język literacki — wciąż to uświadamia Nitsch — nie rozwijał się w izolacji od gwar: on z nich wychodził, one też przechowują tak często w swojej pamięci szczegóły rodowodu i życia wyrazów. Do wszystkich tytułów można dopisać te same słowa, które Nitsch umieścił, omawiając wyraz spoza serii: Dziób. Rozprawka metodyczna. Każdy artykulik ze Studiów to właśnie rozprawka metodyczna; na każdym z nich można się uczyć, jak badać życie wyrazów. Każdy wyraz otrzymuje swój życiorys, utrwalony w tekstach, lecz ponadto ujawnia się regiony, w których był i jest obecny, żywy.
Artykuliki powstawały przez dłuższy czas. Autor zaczął je pisać podczas wojny, gdy codziennie spędzał dziesięć godzin w budynku dzisiejszej Biblioteki Jagiellońskiej, wtedy zwanej przez Niemców Staatsbibliothek. Mniej więcej od września 1940 r. został on w tej bibliotece zatrudniony do kontynuowania pracy, której celem było uporządkowanie i uzupełnienie kartkowych zbiorów średniowiecznego słownictwa polskiego po to, aby po wygranej wojnie jakiś ich sla-wista mógł z nich korzystać. W 1940 r. Niemcy byli przekonani, że koniec wojny wraz z ich zwycięstwem jest blisko i język polski wnet się stanie językiem martwym. Być może, iż za tym wszystkim kryła się cicha interwencja Maksa Vasmera, profesora Uniwersytetu Berlińskiego, przyjaciela polskich slawistów, w szczególności prof. Nitscha. Koniec końców dało się uratować kartotekę Słownika staropolskiego, przeznaczoną w pewnym momencie, wiosną 1940 r., na zniszczenie: leżała już w nieładzie na podwórzu gmachu Polskiej Akademii Umiejętności.
Praca porządkowa była nużąca, więc Nitsch zaczął ją sobie urozmaicać całościowym badaniem życia wybranych wyrazów; pod bokiem miał znakomicie wyposażony księgozbiór Biblioteki Jagiellońskiej. Pracę kontynuował po wojnie, w sytuacji o tyle niedogodnej, że jako prezes PAU i profesor UJ mało miał godzin spokojnych. Czytając Studia, łatwo dostrzec pośpiech i niecierpliwość autora. Widać to w zwięzłej budowie zdań, skrótowości wypowiedzi, w rezygnacji z objaśniania używanych skrótów, jak np. u. s., czyli ut supra "jak wyżej", albo jak sygnatury źródeł Słownika staropolskiego. Zakładał z pewnością, że artykuły czytać będą przede wszystkim językoznawcy, więc się ich (skrótów) znaczenia domyśla (poszedł tu za przykładem swojego antagonisty, Aleksandra Brucknera, z którym raz po raz polemizuje), niespecjaliści znów nie będą sięgać do źródeł, wystarczy im samo rozumowanie, mogą więc machnąć ręką na nie objaśnione skróty.
Najtrudniejszy do czytania, jakkolwiek najważniejszy, najcenniejszy naukowo, jest długi artykuł pt. P ó k i i n i m. Jest to właściwie obszerna monografia tych wyrazów i przy okazji innych oraz ich składniowych funkcji. Wprawdzie mówi się o historii tych spójników, o geograficznym ich zasięgu, ale ciężar spoczywa na obserwacji i analizie delikatnych funkcji składniowych, tak delikatnych, że trudno je sobie uświadomić i formalnie w swojej mowie rozróżnić, tym bardziej, że w pewnych okolicach Polski nie ma na to ostatecznych formalnych środków (spójników). Jak Nitsch wykazał, zaburzenia normy literackiej wnoszą przede wszystkim ludzie azalie, azaż, baba, babka, baczyć, bałwan, czyli dodałem jedyny z moich nie wychodzący poza średniowiecze ciosn. Pozostałych 16 ma tutaj dwoisty cel: dając ułożony cały staropolski materiał i one do tego Słownika należą, ale przede wszystkim są samodzielnymi, pełnymi obrazami życia pewnych polskich wyrazów.
Zdaje mi się, że tych 27 artykułów to pierwszy tego rodzaju zbiór w naszej literaturze, niezwykle (jak i w slawistyce w ogóle) ubogiej w badania leksykograficzne. O wyrazach mówi się oczywiście w słowotwórczych partiach gramatyk, ale to ze względu na ich części formatywne. Same wyrazy wylicza się przy omawianiu historii języka, głównie dla pokazania siły i jakości kultury swojskiej, a wpływu kultur obcych, ale też przeważnie się je tylko wylicza. Najczęściej i najobficiej robił to, jak wiadomo, Bruckner, dając jednak o wiele więcej luźnego materiału niż bystrych nieraz uwag. W zgodzie z tym w jego Historii kultury polskiej rola języka stanowczo na zbyt dalekim została planie, do czego przyczyniło się też korzystanie prawie wyłącznie ze źródeł pisanych (rękopiśmiennych czy drukowanych), przy małej znajomości mowy żywej, zwłaszcza ludowej, a wprost lekceważeniu jej bardzo ważnej geografii. Ma on wyraźną pasję słownikarską, ale przy żadnym wyrazie nie daje szerszego, nie mówiąc już wszechstronnego, obrazu. A jeśli się doda jego znaną, przy wielkiej apodyktyczności, bardzo małą staranność, to nie zdziwi, że często nie można się z nim zgodzić.
Znamienna jest tu jego praca pt. Język Wacława Potockiego (Rozprawy Wydz. Filol., t. XXXI, 1900, s. 275-421), której tytuł powinien brzmieć Słownik Wacława Potockiego, z rzutem oka na polskie slownikarstwo. Bo właściwie mamy tu tylko słownik, mechanicznie wybrany i poza pierwszą literą wyrazów nawet alfabetycznie nie ułożony. Jako drobny, ale znamienny szczególik podaję, że nie zwrócił uwagi i nie wynotował zeń tak ciekawego spójnika nim, chociaż wtedy znany on był dopiero z r. 1714, wypisał go natomiast z tego autora Łoś; co prawda, Łoś źle objaśnił jego genezę, wywodząc go z narzęd-nika zaimka j-, gdy w rzeczywistości (o czym p. niżej s. 277-278, 295 i n.) to kontaminacja niż i czym. Natomiast Brucknerowy przegląd głównych polskich słowników jest w zasadzie trafny i pożyteczny.
Słowniki muszą być oczywiście główną podstawą do historii wyrazów, ale tylko podstawą: dopiero szersze oczytanie i znajomość
życia pozwalają na zrozumienie całej roli słownictwa w językowej twórczości. Takiego nie tylko zrozumienia, ale i odczucia z badaczy polszczyzny najwięcej miał Rozwadowski, co pokazał w szczupłym, niestety, szeregu artykułów, drukowanych w najpierwszych rocznikach "Języka Polskiego". Z mniejszym powodzeniem próbował tego Łoś: jego Nazwy stopni pokrewieństwa i powinowactwa w dawnej Polsce (JP II) i Ksiądz i jego krewniacy (tamże t. VI) właśnie pokazują, jak dalece nie można się ograniczać do średniowiecza. Co do pierwszego z nich por. mój tutaj artykuł Teść, świekra i pokrewne, wyraźnie podzielony na staropolszczyznę i czasy nowsze, co do drugiego drobne przyczynki J. Birkenmajera (JP VII 63 i VIII 120) i Lenkiewicza (ib. VII 147), a zwłaszcza mój artykuł Genealogia księżniczki (ib. XXIII 33-34), z jego uzupełnieniem (XXIV 126-127) i bardzo cennym dodatkiem Urbańczyka (130-131).
Nic więc dziwnego, że przy przygotowywaniu Słownika staropolskiego ciągnęło mnie do przekraczania ścisłych jego granic: jakże się zadowolić gołym stwierdzeniem, że póki było wtedy tylko mazowieckie i "czerwieńskie", a nie próbować dociec, jak się stało ogólnopolskim i jak doszło nawet do mieszania go z o wiele późniejszym nim? Jakże w ścisłej zgodzie ze średniowiecznym materiałem zostawiać glozn, skoro tak wiek XVI, jak zwłaszcza dzisiejsze gwary każą go zgodnie z formami pozapolskimi ustalić jako glozn? Jak poprzestać na średniowiecznych filologicznych dowodach nieistnienia Brucknerowego angiola, skoro jeszcze wyraźniejsze dowody anjoła mamy w drukach i gwarach? Dlaczego nie zająć się od XVI w. istniejącą towalią i jej poetyckim zmierzchem u Żeromskiego? Albo od XVII w. dopiero znaną, choć ogólnie słowiańską, broczą? Czym są gorsze pod koniec XVIII w. na krótko wypływające tantny i wzgląbsz albo od obcej tuwalni obce XIX-wieczne heczepecze? Przecie vox non habet osorem, nisi ignorantem.
Toteż bardzo są różne te artykuliki. Jedne, jak anioł, piękny, wielbłąd, dotyczą samych tylko zmian formalnych, inne samego tylko pojawienia się i zniknięcia (ew. w związku z przedmiotem), jak paiż, III. Słownictwo
kałkan, tantny, częściej różnych znaczeń, jak kozera, szczyt, podobno, gadzina, czerstwy, żołtarz, ich deprecjacji, jak świekra czy warda, czy awansu, jak tuwalnia, nierzadko kilku tych punktów widzenia razem, jak narost i mrzost, (ch)robak, tścia. Różne też są rozmiarami: od jednostronicowych do P ó k i i ni m, które się rozrosły do głównie składniowej, ale i poza tym wszechstronnej 4-arkuszowej monografii. Ponieważ wszystko to obraca się w ramach życia polszczyzny, przeto rzadko w grę wchodzi etymologia, głównie przy wyrazach obcych, jak heczepecze, kotelnia, kozera, tantny, ale i przy rodzimych, jak nim lub tyle rozbieżnych zdań wywołującym broczyć. Bywa też mowa o wykolejeniach stylistycznych, jak przy takowy, lub o nonsensach słownikarskich, jak przy pochodnych od wardęgi.
Szerokie zastosowanie znalazła dialektologia, a w jej obrębie zwłaszcza geografia językowa. Wbrew do znudzenia powtarzanym twierdzeniom Brucknera pomagają one nieraz wyjaśnić nawet średniowiecze, jak co do anjola i gloznu, odtworzyć historię wyrazu, jak co do robaka czy mrzostu i naraszczania; a bez geografii wprost fałszywy mielibyśmy obraz nie tylko dwóch ostatnich, ale też rędziny, czerstwo-ści, nie mówiąc już o wyrazach ruskiego pochodzenia, jak teszczy (nie teści), trybulki i in. Co do tego warta uwagi zgodność czasem geografii średniowiecznej z dzisiejszą, jak przy wyłącznie małopolskiej rędzinie, mazowiecko-kujawskim wątpia itp.